Strona główna serwisu Gazeta Policyjna

Dwa krańce Polski jedna misja

Mija sto lat od powołania instytucji dzielnicowego. Od tamtego czasu zmieniło się niemal wszystko – poza zaangażowaniem funkcjonariuszy. Każdy dzielnicowy przyjmie zawiadomienie o przestępstwie, wdroży procedurę Niebieskiej Karty, sporządzi dokumentację z kolizji czy poprowadzi w szkole zajęcia o bezpieczeństwie. Wydawałoby się, że ich służba wygląda tak samo w całym kraju. Czy rzeczywiście? Postanowiliśmy to sprawdzić.

Podczas gdy o poranku turyści ruszają na spacery po Krupówkach, setki kilometrów na północ, na plaży w Juracie, wypoczywający rozkładają pierwsze parawany. Jedni i drudzy oczekują, że ich urlop będzie bezpieczny, a jedynym zmartwieniem pozostanie wybór zdjęcia profilowego. Czy dzielnicowi z tych dwóch krańców Polski mają takie same zadania?

O służbie nad morzem opowiada mł. asp. Maciej Redlin z Juraty.

Zaczynamy na Półwyspie Helskim. Jurata ma swój własny rytm, który wyraźnie zmienia się wraz z nadejściem sezonu. Spokojna po wakacjach, latem przyciąga tysiące turystów. Dla dzielnicowego oznacza to nie tylko więcej ludzi na ulicach, ale też inną specyfikę pracy. Mł. asp. Maciej Redlin pełni służbę od 10 lat. Zaczynał w Oddziale Prewencji Policji w Gdańsku, potem we Władysławowie, a następnie przeniósł się do Komisariatu Policji w Juracie. Pełnił służbę patrolową, później prowadził postępowania przygotowawcze w wydziale dochodzeniowo-śledczym. Gdy dotychczasowy dzielnicowy przeniósł się do Pucka, pojawiła się okazja, by przejąć jego obowiązki.

Maćku, co skłoniło Cię do zostania dzielnicowym?

Od 15 lat mieszkam w Jastarni, moja żona stąd pochodzi, znam teren i ludzi. Wybór był prosty. Mój rejon to Kuźnica, Jurata i Jastarnia. Jurata ma około 300 stałych mieszkańców, Kuźnica jest niewiele większa, a w Jastarni mieszka około 3,5 tys. osób. Pochodzę z Jastrzębiej Góry i na początku mówili o mnie, że jestem „lądowy”. Gość urodzony nad morzem dla mieszkańców Półwyspu Helskiego i tak jest „lądowy” (śmiech). Podział na lądowych i morskich rzeczywiście istnieje, choć dziś nie wiąże się z nim nic znaczącego. Starsi koledzy opowiadali też, że kiedyś konflikt między Helem a Jastarnią był realny. Z jakiegoś powodu helanie nie lubili się z jastarnikami.

Czy służba w miejscu zamieszkania to problem?

Ma to swoje dobre i złe strony. Dobra jest taka, że zna się ludzi, a zła, że zna się ludzi (śmiech). Czasami mieszkańcy mylą mój prywatny dom z komisariatem. Przychodzą o różnych porach, żeby o coś zapytać czy się poradzić. Niektórzy mają zapisany mój służbowy, a nawet prywatny numer jako „Policja” i dzwonią do mnie zamiast na 112. Zawsze chętnie pomogę, ale tłumaczę, jakie korzyści niesie za sobą dzwonienie na numer alarmowy.

Czy Twoja służba różni się w zależności od pory roku?

Zdecydowanie tak. Jurata to typowy resort sezonowy. Sporo kamperów i przyczep kempingowych pozostawia się tu na zimę. Gdy wiosną właściciele wracają, zaczynają spływać zgłoszenia o kradzieżach czy zniszczeniach. To dla nas znak, że niedługo się zacznie. Potem przychodzi majówka, będąca namiastką tego, z czym będziemy się mierzyć. Na początku bywa ciężko, bo nie mamy jeszcze wsparcia sezonowego. Dopiero w lipcu i sierpniu przyjeżdżają koledzy z OPP w Gdańsku. Stacjonują niedaleko komisariatu, dzięki czemu unikają korków na jedynej drodze na półwyspie. Z początkiem października sezon się kończy. Na naszym terenie znajduje się jednak ośrodek prezydencki, który działa przez cały rok. W każdej chwili może pojawić się w nim prezydent, jego rodzina lub inni oficjele. W takich sytuacjach natychmiast reorganizujemy pracę całego komisariatu i zapewniamy całodobowe wsparcie dla SOP.

Jak wygląda Twoja służba poza sezonem?

Kiedy turyści opuszczą półwysep, pracuję jak każdy inny dzielnicowy. Mam do czynienia z kradzieżami, Niebieskimi Kartami i profilaktyką. Prowadzę spotkania z uczniami na temat zagrożeń w sieci, planuję też podobne spotkania dla rodziców.

Z czym najczęściej przychodzi Ci się mierzyć podczas służby?

Z brakiem rozsądku, często doprawionym alkoholem. Ludzie miewają też problem z rozróżnieniem kolorów flag wywieszanych przy kąpieliskach. Czerwoną traktują jak luźną sugestię, a czasem źle się to kończy. Często mamy też do czynienia z zaginięciami. Cztery lata temu, po imprezie na plaży przy wejściu nr 49 w Jastarni, zaginął miejscowy 17-latek. Nigdy nie widziałem tylu zaangażowanych sił i środków. Szukaliśmy go z powietrza, wody i lądu, niemal bez przerwy przez tydzień. Niestety, morze po tygodniu wyrzuciło jego ciało. Zaskakująco często zdarzają się zaginięcia związane z próbami samobójczymi. Pamiętam też dwa tragiczne wypadki na parkingach wynikające z nieuwagi, w których poszkodowane zostały dzieci. Podczas jednego z nich podszedł do mnie czteroletni brat dziewczynki i zapytał, co z jego siostrą. Ja już wiedziałem, ale nie mogłem mu przecież powiedzieć prawdy. To było bardzo trudne, zwłaszcza gdy samemu ma się dzieci w podobnym wieku. Pracę trzeba było jednak wykonać.

Zdarzają się również zabawne sytuacje. Raz turystka zgłosiła, że łabędź jest w niebezpieczeństwie. Na miejscu okazało się, że stoi z młodymi przy ulicy, ale nic mu nie grozi. Pani sugerowała nawet, żebym zabrał go do radiowozu. Oczywiście tego nie zrobiłem, a łabędź, widząc zamieszanie, po prostu odszedł. Ale to jeszcze nic.

W maju 2020 r. ustawiono na bulwarze w Helu posąg Neptuna. Żartowaliśmy wtedy, że mamy nadzieję, iż nikt go nie zniszczy. Trzy miesiące później dostaliśmy zgłoszenie, że ktoś go jednak uszkodził – Neptun stracił… przyrodzenie. Przejrzeliśmy monitoring, przesłuchaliśmy świadków i szybko wytypowaliśmy sprawcę. Podczas zatrzymania, w jego walizce, przygotowanej do wyjazdu, znaleźliśmy brakującą część. Element przyklejono i kompletny Neptun aż do 2024 r. dumnie strzegł wybrzeża.

Co Ci mówi hasło „parawany”?

(śmiech) Niechlubny symbol Pomorza. Ludzie przychodzą na plażę bladym świtem i pilnują wybranego kawałka piasku niczym czujka podczas włamania. Potem traktują ten wydzielony fragment jak prywatną działkę. Tłumaczę im, że przyjechali nad morze odpoczywać, a nie kłócić się z innymi turystami o pół metra plaży, i to na oczach dzieci, które chcą się po prostu bawić.

Co powiedziałbyś Maćkowi, dzielnicowemu z Zakopanego?

Życzyłbym mu wytrwałości, bo u niego sezon podobno się nie kończy.

O służbie w górach opowiada asp. szt.  Maciej Kasprzycki z Zakopanego.

Żeby to sprawdzić, udaliśmy się na południe, do zimowej stolicy Polski. Czy Zakopane, z punktu widzenia policyjnej służby, jest podobne do Juraty? W obchód po swoim rejonie zabrał nasasp. szt. Maciej Kasprzycki, rodowity góral, który służy w Policji od 16 lat. Zaczynał w Wydziale Kryminalnym zakopiańskiej komendy, gdzie spędził sześć lat. Potem dostał propozycję czasowego zastąpienia dzielnicowego. Zastępstwo to przerodziło się w stałą służbę w rejonie nr 8, obejmującym Kościelisko, Witów i Dzianisz. Po dziewięciu latach objął rejon nr 6, centrum miasta. Jest także zastępcą oficera prasowego.

Maćku, dlaczego w ogóle Policja? Przecież mogłeś zostać bacą.

(śmiech) Pewnie mogłem, ale moim marzeniem zawsze były służby mundurowe. Wstąpiłem do Policji w 2009 r., ale w KPP Zakopane nie było wówczas wolnych etatów, przez co musiałem poczekać jeszcze rok. Nie wyobrażałem sobie służby w żadnym innym miejscu. Urodziłem się w Zakopanem i całe życie jestem związany z tym miastem, dlatego było dla mnie oczywiste, że jeśli mam służyć, to właśnie tutaj.

Nie obawiałeś się, że praca w rodzinnym mieście może mieć wady?

Brałem to pod uwagę, ale nigdy nie spotkałem się z wrogością czy zaczepkami ze strony mieszkańców – wręcz przeciwnie. Komuś z zewnątrz trudno byłoby swobodnie rozmawiać z miejscowymi. Jesteśmy ekspresyjni i dużo gestykulujemy. Czasami górale mówią podniesionym głosem, ale to nie znaczy, że krzyczą. Osoba, która to rozumie – a najlepiej sama mówi podobnie – łatwiej nawiąże kontakt. Zakopane nie jest duże, ma około 25 tys. stałych mieszkańców. Większość ludzi zna się przynajmniej z widzenia. Zdarza się, że zaczepiają mnie na spacerze, szlaku czy podczas zakupów, przywitają się, zapytają o coś albo przekażą ważną informację. Starsze pokolenie ma większy szacunek do munduru, więc łatwiej zdobyć informacje na służbie niż poza nią. Na marginesie: nie nazywają mnie dzielnicowym, tylko „rejonowym”.

Sezon turystyczny w Zakopanem rzeczywiście się nie kończy?

Przy dobrej pogodzie w weekend w mieście bywa około 300 tys. turystów. W poprzednim roku Tatrzański Park Narodowy odwiedziło 5,27 mln osób, z których – jak podejrzewam – większość przewinęła się przez Zakopane. Widać to na ulicach. Na szczęście od kilku lat obowiązuje zakaz sprzedaży alkoholu po godzinie 23.00, co zmniejszyło liczbę interwencji. Nadal jednak najwięcej zdarzeń odnotowuje się latem. Dochodzą imprezy: Festiwal Kolorów, Dzień Misia, Miodu i Bartników, Międzynarodowy Festiwal Folkloru Ziem Górskich, Tour de Pologne, Letnie Grand Prix w skokach narciarskich czy zimowy Puchar Świata.

Z jakimi zdarzeniami masz do czynienia?

Poza zwykłymi kradzieżami, oszustwami i pobiciami? Przypomina mi się sytuacja spoza służby. Czasami dzikie zwierzęta wchodzą na posesje w poszukiwaniu pożywienia. Późnym wieczorem zauważyłem przewrócony kosz na śmieci i grasujące obok spore, futrzane stworzenie. Myśląc, że to duży pies, zacząłem krzyczeć i machać rękami, żeby je przegonić. Dopiero rano, gdy zobaczyłem ślady na ziemi, z konsternacją uświadomiłem sobie, że nakrzyczałem na niedźwiedzia. Z kolei dwa lata temu stadko jeleni pojawiło się na Dolnej Równi Krupowej. Jeden z nich lekko poturbował turystkę i zjadł pączki, którymi kobieta próbowała go poczęstować.

Zwierzęta coraz częściej schodzą do miasta i okolic, bo przyzwyczaiły się do ruchu turystycznego. Nie należy jednak mylić tego z oswojeniem. To nadal dzikie i nieprzewidywalne stworzenia, które mogą zaatakować, gdy poczują się zagrożone. Dlatego gdy na szlaku spotkamy „sympatycznego misia”, zwłaszcza niedźwiedzicę z małymi nie podchodźmy, by zrobić zdjęcie.

A propos misia…

Chyba się domyślam, czego będzie dotyczyło pytanie (śmiech).

No właśnie. Opowiedz o zakopiańskim misiu.

Misie są dwa. Jeden, ten prawdziwy, kultywuje przedwojenne tradycje: jest przyjazny, nienapastliwy, nie wymusza pieniędzy, chętnie rozmawia z ludźmi i nosi kostium z prawdziwych owczych skór. Drugi stanowi jego całkowite przeciwieństwo. Swoim zachowaniem, a wręcz chytrością, „zabłysnął” w internecie, stając się symbolem tandety i kiczu kojarzonym z Zakopanem. To właśnie przez niego musimy czasami podejmować różne interwencje.

Jest ciekawostka związana z Zakopanem i Niebieskimi Kartami.

Tak. Kiedyś mawiano, że w Zakopanem przemoc domowa się nie przyjęła (śmiech). Chodziło o to, że Zakopane jako jedyna gmina w Polsce nie miało zespołu interdyscyplinarnego. Oczywiście Policja zakładała Niebieskie Karty i nikt z potrzebujących nie zostawał bez pomocy. OPS-y też robiły swoje, tylko wszystko funkcjonowało osobno. Później się to zmieniło i teraz już jest tak, jak wszędzie.

Czy jakieś zdarzenie szczególnie utkwiło Ci w pamięci?

Giewont… (cisza) 2019 rok. Czwartek, słoneczny dzień.

W pewnym momencie niebo zrobiło się czarne. Byłem wtedy w Kościelisku i widziałem te pioruny.

Na początku na miejscu działał sam TOPR, ale potem wezwali wszystkich. Dosłownie wszystkich. Rannych zwożono quadami do karetek, które nie mogły podjechać wyżej. Ambulansów też brakowało, bo poszkodowanych było ponad 100 osób. Były cztery ofiary śmiertelne, w tym dwoje dzieci. Koordynowaliśmy przejazdy karetek, udrażnialiśmy drogi, przekazywaliśmy informacje do sztabu. Ustalaliśmy dane rannych, których rozwożono do wielu szpitali, przesłuchiwaliśmy też świadków. Później dowiedziałem się, że ludzie na szlaku ostrzegali przed burzą tych, którzy szli na Giewont, ale ci nie słuchali, mówiąc, że mają blisko. Skończyło się tragicznie, zwłaszcza dla tej czwórki.

Chciałbyś się zamienić z Maćkiem z Juraty na miejsce pełnienia służby?

Uwielbiam polskie morze. Przez długie lata jeździłem z rodziną do Władysławowa. Ale góry to moje miejsce i tutaj zostanę.

Różnić mogą się rejony, komisariaty, liczba turystów i pogoda. Niezmienne pozostają profesjonalizm, gotowość do niesienia pomocy, poczucie odpowiedzialności za bezpieczeństwo oraz dbałość o mieszkańców. Dzielnicowi to funkcjonariusze z pierwszej linii, którzy dla wielu osób są twarzą polskiej Policji. Warto to podkreślić w setną rocznicę ich służby.

Karol Gruda

zdj. autor