Strona główna serwisu Gazeta Policyjna

Nie taki zwykły dzielnicowy

Powiedzieć, że praca dzielnicowego to jedna z najbardziej wymagających i wieloaspektowych ról w strukturach Policji, to jak nic nie powiedzieć. Ci wyjątkowi opiekunowie nazywani są „policjantami pierwszego kontaktu”, ponieważ stanowią najbliższy łącznik między instytucją a mieszkańcami danego terenu. Ich służba, często określana potocznie jako obchód rejonu, obejmuje szerokie spektrum zadań – od edukacji różnych grup społecznych, przez rozwiązywanie konfliktów sąsiedzkich czy rodzinnych, aż po ratowanie ludzkiego życia.

O opinie na temat pełnienia służby w rejonie zamieszkania oraz o inne tajniki pracy dzielnicowego spytaliśmy policjanta z 24-letnim stażem służby.

Z asp. szt. Marcinem Nerciem, od 14 lat pełniącym służbę na stanowisku dzielnicowego w Komendzie Powiatowej Policji w Lipnie, który ma pod opieką mieszkańców gminy Bobrowniki, rozmawia Małgorzata Aurelia Małkińska.

U progu działalności dzielnicowych przepis wymagał, aby mieszkali oni w obrębie nadzorowanej przez siebie dzielnicy. Czy miejsce zamieszkiwania poza rejonem służbowym jest wadą czy zaletą w pracy dzielnicowego?

Myślę, że to są indywidualne odczucia. Znam policjantów, którzy z zadowoleniem pełnią służbę w miejscu swojego zamieszkania. Ja natomiast mam pod opieką dzielnicę, w której nie mieszkam i również chwalę sobie tę sytuację. Dzięki temu czuję większą swobodę oraz poczucie zawodowej niezależności. W środowisku, w którym nie jestem powiązany siecią relacji rodzinnych czy sąsiedzkim, łatwiej mi zachować bezstronność i konsekwencję w działaniu. Nie ma tu sytuacji, w których osobiste znajomości mogłyby rodzić oczekiwania pobłażliwości czy nieformalnych przysług – tych subtelnych, lecz kłopotliwych nacisków w rodzaju „przecież tyle lat się znamy”. Taka forma pełnienia służby sprzyja klarowności decyzji. Cieszę się znajomością mieszkańców i ich sympatią, a jednocześnie nadal jestem postrzegany, jako stróż prawa, a nie jak „kolega z podstawówki”. Nie chodzi o budowanie dystansu, ale o zachowanie profesjonalizmu i obiektywizmu, których granice łatwiej mogłyby się rozmyć przy bliskich relacjach.

Gdybyś miał ocenić, co jest najtrudniejsze w służbie dzielnicowego, a co najbardziej satysfakcjonuje, to jakie rzeczy byś wymienił?

To, o czym powiem, pewnie nie będzie zaskakujące i nie zawsze dotyczy tylko służby dzielnicowych. Często jednak, z racji naszej doskonałej znajomości rejonu i ludzi, to właśnie nam przydziela się te zadania.

… (chwila ciszy) …

Najtrudniejsze jest przekazywanie tragicznych informacji rodzinom tych, którzy odeszli w skutek wypadku lub innych tragicznych okoliczności. Nie chcę tu mówić o szczegółach, ale krzyk matki nastolatka, którą właśnie powiadomiliśmy o jego tragicznej śmierci, długo odbija się w głowie przejmującym echem...

No i sprawy dotyczące poszkodowanych dzieci, zawsze pozostawiają ślad…

To zdecydowanie trudny element tej służby.

Satysfakcję dają jednak te sprawy, które udaje się sprawnie poprowadzić i pomyślnie zakończyć – zwłaszcza te, które kładą kres wieloletniemu łamaniu prawa i długotrwale wyrządzanemu złu. Pamiętam, jak na mój telefon służbowy, w trakcie innej rozmowy nagrała się wiadomość głosowa. Dzwoniła kobieta. Podczas połączenia do pomieszczenia wszedł mężczyzna i wytrącił jej telefon z ręki. Linia pozostała jednak otwarta i wszystko, co działo się wtedy w ich domu, zostało nagrane. To była drastyczna scena. Szybko dotarłem do właścicielki telefonu, a dzięki temu nagraniu udało się ją przekonać do złożenia zeznań. Nie wiem, czy gdyby nie świadomość, że „bańka pękła”, że my już o wszystkim wiemy, dałaby się do tego przekonać. Takie tragedie trwają nieraz latami za zamkniętymi drzwiami. Pamiętam, że zadziałaliśmy wtedy ekspresowo i w pomoc włączyło się wiele instytucji. Chcąc przyspieszyć procedury sądowe, skontaktowałem się z kuratorem, który natychmiast zainteresował się sytuacją rodziny. Dzięki temu bardzo szybko, bo już po kilku dniach, otrzymaliśmy z sądu nakaz zatrzymania mężczyzny. Kobieta została objęta opieką psychologiczną z gminnego ośrodka pomocy społecznej, a piątką dzieci zajęli się specjaliści z poradni psychologiczno-pedagogicznej. W toku ich pracy z nieletnimi wyszły na jaw dodatkowe przestępstwa, których mężczyzna dopuszczał się na szkodę swoich dzieci. Dzięki temu usłyszał kolejne zarzuty i na długo trafił za kratki. Nigdy już nie powrócił do rodziny, a oni mogli zacząć nowe życie. To właśnie takie sytuacje sprawiają, że choć czasem czujesz ciężar służby, wiesz, że było warto.

Teraz jest już łatwiej izolować ofiary od sprawców, bo policjanci mogą wydać dla sprawcy przemocy nakaz opuszczenia wspólnie zajmowanego lokalu czy zakaz zbliżania się do osób objętych ochroną. Jak to działa w praktyce?

Z doświadczenia wiem, że te środki są zazwyczaj respektowane. Sprawcy mają świadomość, że znajdują się pod nadzorem i nie chcą narażać się na przyspieszony tryb ścigania. W przypadku złamania zakazu sądy często orzekają kary aresztu lub ograniczenia wolności. Ma to na celu natychmiastową ochronę osób doznających przemocy domowej oraz zapobiega eskalacji konfliktów.

A co w przypadku zastosowania tych środków dzieję się ze sprawcą?

Niewielu o to pyta. Większość uwagi skupia się zazwyczaj na osobach doznających przemocy. Jako funkcjonariusze dbamy jednak o los drugiej strony. Po wydaniu takiego środka izolacyjnego może się zdarzyć, że osoba stosująca przemoc nie będzie miała schronienia lub podstawowych środków do życia. Zawsze pytamy, czy wyraża ona zgodę na przekazanie swoich danych do ośrodka pomocy społecznej, gdzie może skorzystać z noclegu czy choćby darmowego posiłku. Reakcje są oczywiście różne, ale te osoby nie zostają zupełnie bez pomocy. Inną kwestią jest to, czy zechcą z niej skorzystać i jakie podejmą dalsze decyzje. To są zawsze trudne

i skomplikowane sytuacje. Sprawy rodzinne wymagają dużej delikatności i dobrego rozeznania. Nadzór nad nimi często należy do zadań dzielnicowego, co wynika z konieczności doskonałego poznania rejonu oraz jego mieszkańców.

A czy w ramach „poznawania rejonu” przydarzyły Ci się jakieś humorystyczne zdarzenia?

Na przestrzeni tylu lat służby było ich wiele. Praca z ludźmi to ciągłe niespodzianki i zaskakujące sytuacje. Pamiętam, jak poszedłem do mieszkanki mojego rejonu, aby zrobić ustalenia do jednej ze spraw. Było już późno – dopiero w godzinach wieczornych kobieta miała wrócić do domu. Zapukałem do drzwi, które pod wpływem nacisku same się uchyliły, bo były niedomknięte. W tym samym momencie przez okno wyjrzała domowniczka i krzyknęła, bym nie otwierał drzwi, bo mają w domu „troszkę nieokrzesanego” owczarka niemieckiego. Było już jednak za późno. Gdy zapaliłem latarkę w jej świetle zobaczyłem utkwione we mnie dwa świecące ślepia oraz białe wyszczerzone kły, które w błyskawicznym tempie zmniejszały dystans między nami. Sam nie wiem, jak i kiedy zareagowałem. Kiedy pies ruszył na mnie, błyskawicznie zamieniłem się z „domowym pupilem” miejscami. W ułamku sekundy, gdy on wyskoczył na zewnątrz, ja znalazłem się w środku i natychmiast zatrzasnąłem za sobą drzwi. Oboje z właścicielką mieszkania śmialiśmy się wtedy z mojego „pośpiechu”. Pozostała jednak kwestia, jak mam się teraz wydostać na zewnątrz, podczas gdy owczarek wściekle szarpał klamkę od drugiej strony. Opracowałem plan ucieczki przez balkon zawieszony nad podwórkiem. Miałem na to przysłowiowe dwie sekundy – tyle, w ile przeciętny psi obrońca domu dobiega do furtki. Gdy kobieta otworzyła drzwi i pies wpadł do środka, dałem susa z balkonu. Kolejnych kilka oddałem już na ogrodzie, pędząc w takim tempie, że w oka mgnieniu znalazłem się w ramionach mojego, płaczącego ze śmiechu, kolegi z patrolu, który właśnie przyjechał mnie odebrać. W ostatniej chwili zdążyliśmy zatrzasnąć furtkę.

Teraz sam się z tego śmieję, ale wtedy strużka potu pociekła mi po plecach!

To pewnie jedna z wielu groteskowych sytuacji, ale zachowanie dobrego humoru na pewno pomaga dzielnicowemu w kontaktach?

To podstawa budowania dobrych relacji. Z humorem i uśmiechem spotykamy się oczywiście podczas wizyt w szkołach czy na spotkaniach profilaktycznych, ale czasem uda nam się przemycić trochę dobrej energii i uśmiechu w innych sytuacjach. Zdarza się, że odbieram telefony, które nie podlegają pod kategorię „policyjnych” interwencji. Po drugiej stronie słuchawki jest ktoś, kto sam też zdaje sobie z tego sprawę, ale dzwoni i podaje bardziej pretekst do przyjazdu niż rzeczywisty problem. Znamy swoich mieszkańców i wiemy, że pod takim telefonem kryje się czasem coś więcej: samotność, potrzeba rozmowy, a czasem zwykła chęć wyrzucenia z siebie nagromadzonych emocji. Służba rzadko pozostawia przestrzeń na takie chwile. Staram się jednak znaleźć choć odrobinę czasu, by odpowiedzieć nie tylko procedurą, ale i obecnością. Kilka minut rozmowy i spokojny głos po drugiej stronie to dla jednych drobiazg, a dla innych realne wsparcie. Świadomość, jak ważna może być dla kogoś ta chwila uwagi, przynosi mi poczucie sensu i cieszę się, jeżeli uda mi się wnieść w czyjąś, może nie wesołą codzienność, odrobinę lekkości – a czasem nawet uśmiech.

Wielu dzielnicowych z racji swojego charakteru jest blisko ludzi i lubi z nimi przebywać i współpracować, dlatego po służbie często działają prospołecznie. W twoim przypadku jest podobnie. Od 30 lat trenujesz sporty siłowe, a od siedmiu zachęcasz do tego innych.

To prawda. Pierwszą sztangę wziąłem do rąk w bardzo młodym wieku. Z czasem wielu mieszkańców zaczęło pytać mnie o możliwość treningów i pomoc w pracy nad sylwetką, dlatego postanowiłem podjąć to wyzwanie. Ukończyłem specjalistyczne seminaria z zakresu budowania masy mięśniowej oraz redukcji tkanki tłuszczowej. Zdobyłem tam wiedzę, która pozwala mi skutecznie układać plany treningowe, jadłospisy i odpowiednią suplementację. Teraz jestem na kursie trenera medycznego, aby stale podnosić kwalifikacje i jeszcze lepiej wspierać innych w bezpiecznym powrocie do zdrowia. Od wielu lat działam lokalnie – udostępniam sprzęt sportowy i opiekuję się każdym, kto chce zadbać o swoją sylwetkę i zdrowie.

Wiem, że twój rekordzista w ciągu trzech lat zgubił 101 kilogramów!

Tak. To nasze wspólne osiągnięcie i coś, co daje mi „kopa do działania” oraz wielką satysfakcję z prowadzonej działalności. Taka przemiana nie dzieje się z dnia na dzień. Jest okupiona trudem, koniecznością zmiany nawyków i wyrzeczeniami, ale nie przesadzę, gdy powiem, że pozwala odzyskać własne życie.

Służba w Policji i sporty siłowe dają mi ogromną satysfakcję. Siłownia jest jednak zaplanowana, przewidywalna i często żmudna, czego w żadnym wypadku nie można powiedzieć o służbie dzielnicowego.

Dziękuję za rozmowę.

zdj. Małgorzata Aurelia Małkińska