Dobry człowiek

Siedemdziesięcioletnią mieszkankę Tarnowa niepokoił ten sam od kilku dni widok z okna. Był grudzień, podła pogoda, zimno, wiatr, a na ulicy nieopodal kościoła przez wiele godzin siedziała skulona kobieta, a przy niej małe trzy-, czteroletnie dziecko. Tkwili tam od wczesnego popołudnia do późnego wieczora. Od czasu do czasu ludzie wrzucali im jakieś pieniądze do stojącej na ziemi puszki.

Swoimi obserwacjami starsza pani podzieliła się z córką.

–Trzeba o tym powiadomić Policję. Przecież temu dziecku z pewnością dzieje się jakaś krzywda – stwierdziła córka i zadzwoniła na komisariat.

Wkrótce starsza pani mogła ze swojego „obserwatorium” zobaczyć, jak do żebrzącej przed kościołem kobiety z dzieckiem podchodzą policjant i strażnik miejski, coś mówią, legitymują, a następnie prowadzą obydwoje do radiowozu. Od tego dnia widok za oknem uległ zmianie. Żebraczka znikła.

Czyje to dziecko?

Zatrzymana kobieta mówiła po ukraińsku i podczas przesłuchania twierdziła, że nie rozumie polskiego. Z ksero paszportu, które miała przy sobie, wynikało, że nazywa się Swietłana K. i pochodzi z okolic Iwano-Frankiwska. Zapytana, ile lat ma towarzysząca jej dziewczynka, powiedziała: „chyba trzy”, i to „chyba” zastanowiło rozmawiającą z nią policjantkę. Dziewczynka nie miała żadnych dokumentów, nie odpowiadała na pytania i wyglądało na to, że jest niemową. Była brudna, wychudzona, wygłodzona, miała odmrożenia, wszy, choroby skóry. Wezwany lekarz stwierdził u niej skrajne wycieńczenie organizmu. Nie mówiła i w niewielkim stopniu reagowała na bodźce. Dalsze badania wykazały anemię i przewlekłą infekcję układu moczowego. Zabrano ją do szpitala, a po kilku dniach umieszczono w domu małego dziecka.

Swietłana odmawiała jakichkolwiek zeznań i dopiero przestraszona perspektywą skierowania sprawy do sądu rodzinnego zdecydowała się mówić. Okazało się, że dziewczynka nie jest jej córką. Ale czyje to dziecko – nie wiedziała.

Dobrze płatna praca

Kilka lat wcześniej, po śmierci męża, Swietłana została sama z dwojgiem dorastających dzieci i ledwo wiązała koniec z końcem. Pewnego dnia sąsiadka powiedziała jej, że jakaś para, mężczyzna i kobieta, szuka ludzi do pracy w Polsce. Obiecują dobre zarobki i pomagają załatwić wszystkie formalności wyjazdowe. Skontaktowała się z nimi. Kola i jego żona byli bardzo sympatyczni i pomocni. Proponowali dobrą pracę – sprzątanie w kilku domach z zarobkami miesięcznymi powyżej 500 euro – i załatwili za nią wszystkie formalności. Swietłana zostawiła dzieci pod opieką matki i umówionego dnia wsiadła do busa, w którym było już kilka innych kobiet jadących do pracy w Polsce.

Po przekroczeniu granicy kierowca odebrał im paszporty. Kobiety wysiadały po drodze w różnych miejscach. Swietłana trafiła do Tarnowa. Umieszczono ją w pokoju przerobionym z jakiegoś warsztatu przy garażu. Stało tam
siedem łóżek, jedno przy drugim, w kącie mały stolik, dwa plastikowe krzesła i szafka, a na niej mała kuchenka gazowa. Mieszkało tu już pięć kobiet, w tym dwie z małymi dziećmi.

Następnego dnia rano przyszła „opiekunka” o imieniu Lubow.

– Szykować się dziewczyny, jedziemy do pracy! – zawołała. Kobiety posłusznie i w milczeniu zaczęły się ubierać w jakieś bure szmaty. Swietłana wyciągnęła z walizki swoja najlepszą spódnicę i sweterek. Potem nałożyła kurtkę.

– Zostaw! – powiedziała Lubow. – Tu masz kurtkę, w której będziesz chodzić – i rzuciła jej brudny, obszarpany łach.

– Ale przecież jadę do pracy! – Swietłana jeszcze nie rozumiała.

– A tu masz tabliczkę! – podała jej zafoliowaną tekturkę, na której koślawymi literami, po polsku napisane było: „Jestem ciężko chora, rodzina wyrzuciła mnie z domu. Zbieram na życie i na leki”.

– To taka praca?! Mam żebrać?! – do Swietłany dotarło wreszcie, co się dzieje. – Nie zgadzam się! Wracam na Ukrainę!

– Nigdzie nie wracasz! Masz u nas dług! Najpierw musisz oddać 500 euro, które na ciebie wydaliśmy! A jak nie, to przyjdzie Kola i zrobi z tobą porządek – powiedziała „opiekunka”.

Pozostałe kobiety nie patrzyły w ich stronę, wystraszone udawały, że nic nie widzą i nie słyszą. Posłusznie wsiadły do samochodu i zostały rozwiezione po mieście.

Swietłanie kazano wysiąść w centrum.

– Tu będziesz siedziała. Nic nie kombinuj, bo będę cię kontrolowała kilka razy dziennie!

Przyjdzie Kola i zrobi z ciebie kalekę

I tak się zaczęło. Wkrótce Swietłana przekonała się, że im bardziej nieszczęśliwą i chorą udaje, tym częściej ludzie wrzucają jej do miseczki pieniądze. Każdego wieczoru wracała do domu z całkiem dobrym „utargiem”, w granicach 200–300 złotych. Wieczorem zjawiała się Lubow, przeliczała pieniądze i zabierała je.

– Przecież już dawno uzbierałam na dług. Oddaj mi paszport! – prosiła Swietłana po dwóch tygodniach.

– A co ty myślisz, że twoje mieszkanie tutaj i życie, i moja opieka to nie kosztują? Jeszcze nie uzbierałaś potrzebnej sumy – odpowiadała niezmiennie Lubow. I znowu zagroziła, że przyjdzie Kola i zrobi z nieposłusznej pracownicy prawdziwą kalekę.

Po miesiącu Swietłana została przeniesiona w rejon kościoła i przyprowadzono do niej dziewczynkę. „Z dzieckiem więcej się zarabia” – usłyszała. Nie wiedziała, czyje to dziecko ani skąd się wzięło. Lubow powiedziała, że dziewczynka ma na imię Irina.

– Tu masz leki uspokajające, które będziesz jej dawać zawsze rano, zanim wyjdziecie. Jakby w ciągu dnia zaczęła płakać, to dasz jej drugą tabletkę. Mała powinna przesypiać cały dzień, wtedy będzie bardziej wyglądała na chorą. A tu masz nową kartkę. „Zbieram na operację mojej córeczki chorej na białaczkę” – usłyszała.

Handlarze ludźmi

Policjanci już wcześniej zwrócili uwagę, że w kilku sąsiednich miastach na południu Polski na ulicach pojawiły się żebrzące kobiety z dziećmi. Podejrzewali, że stoi za tym zorganizowana grupa, i prowadzili działania operacyjne. Zeznania Swietłany pozwoliły namierzyć pierwszą osobę z grupy – Lubow. Zatrzymana i przesłuchiwana nie chciała nic mówić na temat werbowania „do pracy”, a zwłaszcza na temat Koli, twierdziła, że nikogo takiego nie zna i o niczym nie wie. Przestraszyła się dopiero, kiedy podczas konfrontacji Swietłana powiedziała, że to właśnie ta kobieta przywiozła do niej dziecko. Dziecko nie wiadomo czyje. Przestraszona, że może usłyszeć zarzuty o porwanie, Lubow zaczęła mówić.

Prawda była brutalna. Wszystkie współtowarzyszki Swietłany zostały dokładnie tak samo jak ona oszukane. Zwerbowane do pracy przy sprzątaniu zostały niewolnicami zmuszanymi do żebrania. Pośrednicy chętnie brali kobiety z małymi dziećmi, bo ludzie częściej dawali pieniądze żebrzącym dzieciom. Maluchy zabierano matkom i oddawano je pod opiekę innych kobiet. Szef gangu słusznie zakładał, że żadna matka nie ucieknie bez dziecka. Nieszczęsne kobiety nie wiedziały nawet, gdzie ich dzieci się znajdują, zwykle był to inny rejon albo inne miasto.

Kobiety były szantażowane, zastraszane, nie miały swoich dokumentów ani pieniędzy na powrót do kraju, opornym grożono pobiciem. Dzieci zmuszone do siedzenia przez cały dzień bez ruchu były faszerowane lekami uspakajającymi. 6-letni chłopczyk musiał udawać, że chodzi o kulach, innemu podwijano i krępowano rękę, pozorując, że ma kończynę tylko od ramienia do łokcia, a gdy wieczorami odwijano mu bandaż, wył z bólu.

Zebrany przez policjantów rzeszowskiego CBŚ materiał dał prokuraturze podstawę do wszczęcia śledztwa dotyczącego założenia i kierowania zorganizowaną grupą przestępczą mającą na celu handel ludźmi, zmuszanie ich do żebrania na ulicach miast w Polsce i czerpanie korzyści majątkowych z tego procederu.

Śledztwo trwało prawie dwa lata, zaangażowanych w nie było wielu funkcjonariuszy garnizonu podkarpackiego.

Mimo że policjanci dotarli do wykorzystywanych kobiet, większość nie chciała zeznawać przeciwko swoim dręczycielom. Pierwszą, która się na to odważyła, była Swietłana, potem także matka małej Iriny. Kobietę odnaleziono w innym mieście. Dziewczynka nie poznawała matki, dopiero badania DNA pozwoliły potwierdzić rodzicielstwo.

Kobieta zdecydowała się zeznawać i po nitce do kłębka policjanci rozpracowali gang. Stworzyło go dwóch obywateli Mołdawii: Nicolae I., ps. Kola i Marcel P., a pomagały im żona „Koli” – Natalia oraz Ukrainka Lubow. Kobiety zmuszano do żebractwa na ulicach Jasła, Rzeszowa, Tarnowa, Płocka i Wrocławia.

Gdy proces przed sądem dobiegał końca, Nadia, matka małej Iriny, która wróciła na Ukrainę, przysłała do sądu list, w którym oświadczyła, że odwołuje wszystko, co powiedziała w śledztwie, gdyż zeznania składała pod presją. Kobieta, najwyraźniej zastraszona, prosiła też wysoki sąd, żeby zwolnił „Kolę”, czyli szefa gangu – Nicolae I., ponieważ jest on „dobrym człowiekiem i pomaga kobietom będącym w ciężkiej sytuacji”.

W 2008 r. Sąd Okręgowy w Rzeszowie skazał Nicolae I. na 4 lata pozbawienia wolności, jedną ze wspólniczek na 3 lata, drugą na rok. Współtwórca gangu, Marcel P., uciekł do Mołdawii.

 – To cud, że w ogóle udało się ich postawić przed sądem – oceniała po procesie prokurator z wydziału zamiejscowego Departamentu Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. – Z trudem bowiem udało namówić się na złożenie zeznań zmuszane do żebrania kobiety, a sami oskarżeni nie przyznali się do żadnego z zarzutów. 

Elżbieta Sitek
zdj. Andrzej Mitura

A
A+
A++
Ocena: 0/5 (0)