Szalik brata

W rodzinie Szymankiewiczów kibicowanie to sprawa tradycji. Przechodzi z ojca na syna.

  • Bartosz Szymankiewicz przed jednym z największych stadionów na świecie – San Siro w Mediolanie
    Bartosz Szymankiewicz przed jednym z największych stadionów na świecie – San Siro w Mediolanie

– Kibicuję od zawsze, od urodzenia – 26-letni Bartosz Szymankiewicz uśmiecha się. – A że jestem z Poznania, to moim klubem jest Kolejorz. Gdy urodzą się dzieci, też będą kibicami, oczywiście Lecha, nie mają innego wyjścia.

W KOTLE

Bartosz na pierwszym meczu ukochanej drużyny był w wieku 11 lat.

– Dużo wcześniej chodził mój starszy o siedem lat brat – wspomina policyjny kibic. – Gdy wracał, opowiadał jak było, to rozpalało wyobraźnię. W końcu zacząłem i ja chodzić na mecze. Jakoś udawało nam się z kolegą wejść, czasami „za 5 zł”, czasami po prostu nas wpuszczali. Nie za bardzo mieliśmy kasę na bilety. Przyznam, że wtedy jeszcze nie docierało do mnie, co to ten Lech, to przyszło z czasem. Siedzieliśmy na trybunach, ale raczej patrzyliśmy, jak zachowują się nasi kibice, co robią. To, co działo się na boisku, obchodziło nas mniej.

Z meczu na mecz nastolatkowie przesuwali się coraz bliżej „kotła”, czyli głównej kibicowskiej trybuny na Lechu. W tym czasie „kocioł” przeniósł się do sektora pod zegarem, gdzie były tylko miejsca stojące.

– To było dla nas wielkie przeżycie – wspomina policjant. – Byliśmy w centrum dopingu naszego zespołu. W końcu nasze miejsca były niemal tuż obok „gniazdowego”, wtedy jeszcze nie było na trybunie bębna, który prowadzi doping. Od tej pory regularnie chodziłem na wszystkie mecze rozgrywane w Poznaniu. Opuściłem tylko jeden, gdy miałem jakąś uroczystość rodziną, ale i tak słuchałem transmisji. Z wyjazdami było gorzej, bo nie zawsze miałem na nie pieniądze, ale parę razy udało mi się wyjechać.
Wtedy, na przełomie wieków, dorastający Bartosz był już zagorzałym fanem „poznańskiej lokomotywy”. Spadek do II ligi nie osłabił tej miłości.

– Pamiętam, jak pomagałem w malowaniu flag, ruchomych obrazów, które podnosiliśmy na trybunie – policjant nie ukrywa entuzjazmu. – Robiliśmy to na parkingu przed stadionem. Malowało się jeden kwadracik, odkładało obok, żeby wysechł na słońcu, i brało się drugi. Teraz oprawą zajmują się wyspecjalizowane firmy. Awans do I ligi i powrót na szczyt to były potem niezapomniane przeżycia.

Z OJCA NA SYNA

KKS Lech Poznań to klub z tradycjami. W tym roku obchodzi 90-lecie istnienia. Zaczynał jako TS Lutnia Dębiec. W 1922 r. Dębiec był podpoznańską miejscowością, dzisiaj to część Poznania. Kolejorz (przed laty patronat nad klubem przejęły PKP) był sześć razy mistrzem Polski, pięciokrotnie zdobywał Puchar Polski i cztery razy Superpuchar.

– Ojciec opowiadał mi, jak chodził na mecze, jeszcze na stary stadion na Dębcu – mówi Bartosz Szymankiewicz. – Teraz jego podejście do piłki trochę się zmieniło. Wiele razy chciałem go zabrać na mecz, ale było ciężko. Twierdzi, że teraz nie grają piłkarze, tylko pieniądze. Ma w tym niestety trochę racji… Ja zresztą mam takie samo podejście do Ligi Mistrzów czy Ligi Europy. To jedna wielka komercja. Dzisiaj piłkarze nie utożsamiają się już ze swoimi klubami, jak było dawniej. Szkoda. Ostatni mecz, na który udało mi się pójść z ojcem, to był Superpuchar z Wisłą Kraków. Miało być spokojnie, a nie było, musieliśmy zmieniać miejsce, bo Wisła przyjechała ze Śląskiem i były przepychanki.

W domu Szymankiewiczów Bartosz ma podświetlaną galeryjkę, gdzie gromadzi wszystkie pamiątki związane z Lechem. Jest tam m.in. szalik, w którym starszy brat chodził kiedyś ma mecze.

– To dla mnie szczególnie cenna rzecz – mówi policjant. – Brat przekazał mi go, kiedy założył rodzinę. Oczywiście kibicuje nadal i jak ma okazję pójść na mecz, to pójdzie, ale na pierwszym miejscu są teraz obowiązki rodzinne. My jeszcze dzieci nie mamy, a żona przekonała się już, że atmosfera na stadionie to coś niepowtarzalnego i nie zastąpi tego obejrzenie meczu w telewizji.

C ++

Mł. asp. Bartosz Szymankiewicz służy w Policji od 2006 r. Początkowo w referacie patrolowo interwencyjnym, później wywiadowczym komendy miejskiej w Poznaniu, a od 2010 r. w Sztabie KMP w Poznaniu, gdzie jest spottersem.

– Na pewno nie było to powołanie, ani tradycje rodzinne – mówi policyjny kibic. – Chciałem zostać w wojsku, ale nie wyszło, więc spróbowałem w Policji. Od dwóch lat robię to, co jest moją pasją. Gdy wstąpiłem do Policji, przestałem chodzić do „kotła” na stadionie. Stwierdziłem, że nie jest to już miejsce dla mnie. Powiedziałem o tym chłopakom, z którymi jeździłem na mecze. Zrozumieli.

Obecnie mł. asp. Bartosz Szymankiewicz razem ze st. sierż. Michałem Śródeckim jest etatowym spottersem w Poznaniu. Na czas Euro 2012 znalazł się w 20-osobowym składzie Spotters Team Polska, z którym będzie zabezpieczał wszystkie spotkania reprezentacji Polski.

– Instytucja spottersa to w naszym kraju ciągle nowość – kręci głową mł. asp. Szymankiewicz. – Są kluby, gdzie współpraca z policjantem układa się dobrze, są takie, gdzie gorzej. Kibice Lecha są tak dobrze zorganizowani, że właściwie w kraju nie potrzebują żadnej pomocy. Wszystko są w stanie sobie logistycznie załatwić. Nasza pomoc przydawała się za to podczas wyjazdów zagranicznych, gdzie byliśmy łącznikiem z policją gospodarzy.

Kibice Lecha wzbudzają obawy wśród służb porządkowych w całej Europie.

– Będąc na wyjeździe z kibicami w Anglii, byłem w komisariacie, na którego terenie działania leży stadion Manchesteru City – wspomina Bartosz Szymankiewicz. – Tam w jednym z pokojów wisiała duża tablica z rozpisanym terminarzem spotkań Manchesteru City. Na swój użytek meczom nadano kategorie zagrożenia: „A” oznaczało luźne, niedzielne spotkanie, piknik, „B” – mecz, na którym można się czegoś nieprzewidywalnego spodziewać, „C” – mecz podwyższonego ryzyka. Tylko jedna drużyna miała oznaczenie „C” – Manchester United, bo to wiadomo, derby. Przy Lechu było oznaczenie „C++”.

– Nasi kibice byli wtedy na Wyspach prowokowani przez Anglików – wspomina po chwili Szymankiewicz. – Podczas meczu kibic Manchesteru City zaczął w pewnym momencie zakładać koszulkę Legii Warszawa, z którą Lech ma kosę. Policjanci angielscy nie wiedzieli o co chodzi, a nasi kibice już zaczęli się burzyć. Wyjaśniłem, że to tak, jakby nasi wystąpili w koszulkach Manchesteru United. Zrozumieli od razu, a człowiek został wyprowadzony ze stadionu i dostał dwa lata zakazu stadionowego za próbę prowokacji.

Bartosz Szymankiewicz ostudził także zapał włoskich policjantów, którzy już zaczęli wprowadzać oddziały zwarte przeciw kibicom Lecha w Turynie. Obyło się bez zamieszek.

– Czym dla mnie jest kibicowanie? – mł. asp. Szymankiewicz zamyśla się na chwilę. – Kiedyś powiedziałbym, że wszystkim, całym życiem. O niczym innym nie myślałem, a tydzień mijał od soboty do soboty, od meczu do meczu. Od czasu, gdy zostałem spottersem, udało mi się połączyć pracę z tym, co jest moją pasją.

PAWEŁ OSTASZEWSKI
zdj. autor i z archiwum B. Szymankiewicza

 

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 0/5 (0)