Informacje

Fragment kryminału Marcina Wrońskiego Czas Herkulesów

Oficer inspekcyjny

Rozdział 1 – Jedzie do nas rewizor!

Chełm, sobota 14 maja 1938 roku

Pierwszy, zwalisty chłop z kwadratową szczęką, wyszczerzał zęby w głupkowatym uśmiechu. Czterech pozostałych osiłków miało kamienne, skupione twarze. Ich powaga była całkiem na miejscu. Cała piątka nie żyła.

Komisarz Zygmunt Maciejewski odłożył zdjęcia na biurko. Były niewyraźne i tylko dwóch denatów fachowo skadrował policyjny fotograf. Pozostałe miały na odwrocie pieczęcie: „FOTO-KUPŚ” – CHRZEŚC. SALON ARTYST., CHEŁM, UL. LUBELSKA 75, TEL. 110. Zasadne, bo ktokolwiek stał za aparatem, obszedł się ze zwłokami po chrześcijańsku, z szacunkiem dobrym może do rodzinnego albumu, ale nie do akt śledczych. Żadnych detali pomocnych w identyfikacji, obrażenia już całkiem niewidoczne... Pan Kupś zadbał tylko, by przy trupach mógł artystycznie zapozować komisarz Józef Hejwowski, kierownik miejscowego Wydziału Śledczego.

– Uprzedzałem pana, panie Zygmuncie, że zdjęcia niewiele panu powiedzą – odezwał się teraz, wycierając spraną chustką spocony kark. – Za to w protokołach wszystko jest szczegółowo wyszczególnione. Przyzna pan, że było nie było, nasza praca stoi na protokole. Pan mnie przecież zna nie od dzisiaj.

Maciejewski kiwnął głową. Znali się nawet nie od wczoraj: to właśnie Hejwowski był pierwszym przełożonym Zygi, gdy ten świeżo po szkole dla oficerów policji dostał przydział do Zamościa. Obaj nie mieli powodów, by dobrze się wspominać. Zakrawało więc na upiorny chichot losu, że mianowanemu ledwie z początkiem marca oficerowi inspekcyjnemu przyszło skontrolować właśnie placówkę dawnego zwierzchnika.

– Jeżeli w protokołach jest wszystko, to dlaczego sprawca nie w areszcie? – burknął Zyga. Słowotok Hejwowskiego z wiekiem zrobił się nie do zniesienia, gorzej niż u kobiety! – Ofiary co do jednej w wieku do lat dwudziestu pięciu... Pasuje, młode byczki chętniej wdają się w bójki i czasem mają pecha. Tylko dlaczego do dzisiaj każdy jest NN? Żadnego nikt nie znał? Gdzie rozpoznanie środowiskowe?

– Przecież tutaj! – Kierownik wydziału wskazał leżące przed nimi teczki z aktami. Znów otarł pot, tym razem z głowy porośniętej rzadkimi siwymi kosmykami.

– Ma pan na myśli to, panie komisarzu? – Maciejewski dotknął palcem karteluszki formatu połowy zeszytu szkolnego, wyciągniętej z jednej z chudych teczek. Manię oszczędzania papieru Hejwowskiego dobrze poznał już w Zamościu, w Chełmie po ponad dziesięciu latach najwyraźniej nie osłabła.

– A co mogliśmy więcej zrobić, zdaniem pana inspektora? – zapytał stary glina ze spokojem, mimo że dotknięty do żywego.

Zyga skrzywił się nie tylko dlatego, że drażniły go wygodnictwo i głupota dawnego przełożonego. Stanowisko, o które wcale się nie prosił, to też była czysta złośliwość: kop w górę, by co najmniej kilku zazdrosnych oficerów mogło śledzić każdy jego krok, czekając, aż się potknie. Bardziej jednak irytowały go notatki służbowe chełmskich tajniaków. Chociaż włączone do różnych teczek, wszystkie spisano jednym charakterem pisma. W rozpytaniu stwierdzono, iż figurujący na fotografii pośmiertnej mężczyzna nie był tutejszy. Personaliów ustalić nie zdołano. Na każdej kopiowym ołówkiem Hejwowski dodał swoje trzy grosze: podano do Dziennika Inwigilacyjno-Poszukiwawczego. I koniec, dalej niech się martwi Urząd Śledczy przy komendzie wojewódzkiej!

– Mogli panowie przynajmniej połączyć to w jedną sprawę... żeby nie marnować papieru – dorzucił złośliwie Maciejewski – bo nie przekona mnie pan, panie Józefie, że ofiar nic nie łączy. Ci mężczyźni wszyscy byli przyjezdni, każdego z nich we dwóch ledwo byśmy obezwładnili i każdy ma przetrącony kark jak kogut na świąteczny rosół.

– Zna mnie pan, zawsze działam zgodnie z procedurami – zaznaczył Hejwowski, cofając się na krześle.

– Nie przeczę – Zyga pochylił się ku niemu – ale i pan mnie zna. Zawsze działam zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. A panu brakuje wywiadowców, więc tym bardziej mnożenie spraw się nie przysłuży.

Kierownik wydziału nie odpowiedział, za to zmienił strategię i rozpoczął jeremiadę:

– My przecież nie mamy środków, za to widzi pan jak na dłoni, że niczego nie ukrywam! – zaznaczył, podnosząc w górę palec. – Uczciwie przedstawiam panu, że nie rozwiązaliśmy pięciu spraw, a sam pan dobrze wie, jak to się robi, żeby w statystykach wyszła tylko jedna. Pan chyba musi rozumieć, że czy to będzie jedna teczka, czy pięć teczek, trzeba cudu, żeby w którejś z tych spraw coś się ruszyło. Wie pan przecież, że buduje się Nowe Miasto. Najechało się hołoty... – westchnął ciężko.

– Nie trzeba cudu, wystarczą oczy dookoła głowy. Który z pańskich wywiadowców ma rozpoznane to Nowe Miasto?

Hejwowski uśmiechnął się smutno.

– A może pójdzie pan wieczorem do cyrku sportowego, panie Zygmuncie? – wypalił naraz.

– W cyrku to jestem od rana. – Maciejewski nie planował upokarzać starszego kolegi, ale sam się, do cholery, prosił! Poza tym cały, tyjący powoli organizm komisarza coraz rozpaczliwiej domagał się obiadu. I kufelka. – Proszę zawiadomić dyżurnego, żeby dał mi klucz do gabinetu, kiedy wrócę. Chcę dokończyć raport i jutro zameldować się w Lublinie.

– Jak pan sobie życzy. – Dawny przełożony wyniósł się z kwaśną miną, a Zyga został w obcym gabinecie, z którego na czas inspekcji wyrzucono kierownika administracyjnego. Z wyglądu byk w sam raz do dochodzeniówki, ale porządek trzymał jak stara panna, na parapecie miał paprotkę i dziw tylko, że nie dziergał serwetek, przynajmniej na służbie. Dobrali się z Hejwowskim, nie ma co.

Maciejewski włożył swoje papiery do szuflady i zamknął ją na kluczyk. Już go chował do kieszeni, ale po namyśle zostawił na biurku. Jeszcze by zgubił. Z kapeluszem w ręku ruszył korytarzem pierwszego piętra.

– Cicho, rewizor idzie – dobiegło go, zanim zszedł ze schodów.

Na dyżurce przodownik w zapiętym pod szyję mundurze czekał przy uporządkowanym biurku, aż będzie mógł się poderwać i wyprężyć. Dwaj zdający służbę posterunkowi zasalutowali. Jakiś policjant ubrany po cywilnemu zniknął w bocznym korytarzu, Zyga zdążył tylko zobaczyć nogawki brązowych spodni z mankietami. Dotknął palcem kapelusza i z ulgą opuścił duszny murowany gmach. Z otaczających go drewnianych domów z miejsca buchnęło zapachem duszonej cebuli z podrobami i Ordonką śpiewającą z patefonu.

Reformacką toczył się rozklekotany dwukonny furgon wyładowany workami z nadrukiem młyna „Industria”, ale komisarz przeciął ulicę tuż przed szkapimi łbami. Podniosły łby i prychnęły, instynktem rozpoznając złego człowieka. Zygę jednak zmęczyło bycie dobrym. Jeszcze poprzedniego dnia starał się udawać ludzkiego oficera inspekcyjnego, obiady jak przystało inteligentowi z miasta wojewódzkiego jadał w „Resursie”, a swój wieczorny kieliszek wychylał w barze hotelowym. Teraz skierował się prosto na Lwowską, gdzie w cieniu kościoła Rozesłania Świętych Apostołów w żydowskich budach przepijali jarmarczny utarg chłopi z okolicznych wiosek. (...)

*

Komisarz Zygmunt Maciejewski był absolutnie pewien, że właśnie kończy raport pokontrolny. Odniósł się już pozytywnie do kwestii przestrzegania regulaminu służbowego, wykazał potrzeby kadrowe, następnie dodatnio, choć z zastrzeżeniami, ocenił system patrolowy i pisał akurat o potrzebie uzupełnień komendy doświadczonymi funkcjonariuszami śledczymi, kiedy poczuł nieśmiałe klepnięcie w ramię, skutkiem czego obudził się. Raport był znacznie mniej zaawansowany niż w jego śnie, a przed biurkiem w gabinecie użyczonym oficerowi inspekcyjnemu stał na baczność mundurowy z pasem malowniczo opadającym poniżej pokaźnego brzuszyska.

– Panie inspektorze, starszy posterunkowy Orłowski melduje, że musiałem pana obudzić – zaczął od spraw oczywistych. – Jest zabójstwo i ktoś musi zadecydować...

Pierwszy obudził się instynkt i Zyga omal nie wyrwał zza biurka galopem. Niestety nie był już od decydowania, jedynie od krytykowania cudzych decyzji! Jak niegdysiejszy bawidamek, obecnie rajfur. Albo jak krytyk literacki.

– A pan komisarz Hejwowski? Albo pan komendant Pawłowski? – burknął po hierarchii służbowej. – Chyba mają w domu telefony?

– Próbowaliśmy zgodnie z regulaminem, panie komisarzu, ale nie wrócili jeszcze z cyrku – zameldował policjant. – Bardzo proszę pana komisarza, bo rzecz jest poważna. (...)

*

Maciejewski zatrzasnął drzwi celi, omal nie uderzając nieszczęsnego chłopa w nos. Chociaż zdaniem komisarza był niewinny jak dziecko, sporów między panami władzą nie powinien słyszeć.

– Brak podejrzanego! – warknął. I gdyby rzeczywiście był rewizorem z carskich czasów, wydałby zaraz dalsze dyspozycje. „Ten człowiek zachował się jak należy i nie zwieje, bo mu się to zwyczajnie nie opłaca, job twoju mać. Oględziny miejsca zdarzenia zarządzić, a ja za godzinę czekam raportu albo na Sybir w try miga!”. Niestety mógł jedynie radzić i oceniać. Zaś kierownik chełmskiego wydziału śledczego każdą radę mógł traktować jako pomoc lub prowokację.

– Lepszy taki niż żaden – zdecydował szachrajsko Hejwowski i miał rację. Za nadgorliwość nikt jeszcze nikomu nic złego w wolnej Polsce nie zrobił.

Zyga westchnął ciężko. Ułożenie zwłok i większość śladów, to wszystko i tak było stracone, a na dodatek najcenniejsze godziny śledztwa w diabły, bo dochodzenie pójdzie błędnym tropem!

– Pan musi być nieludzko zmęczony. Niech pan pójdzie odpocząć do hotelu – poradził irytująco przyjaźnie dawny przełożony. – Natomiast co do cyrku, niech pan żałuje, panie Zygmuncie. Walki były pierwszorzędne! 

 

Skróty pochodzą od redakcji.

Marcin Wroński: Czas Herkulesów.

W.A.B., Warszawa 2017 s. 305

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal

MMXVII, Wydanie I Warszawa

 

To już dziewiąty – i tym samym ostatni – retrokryminał Marcina Wrońskiego o komisarzu Zydze Maciejewskim. Lubelski policjant został wysłany do Chełma w charakterze oficera inspekcyjnego, ale kiedy pojawia się okazja do zaangażowania się w śledztwo w sprawie śmierci młodego zapaśnika, Zyga nie potrafi się oprzeć pokusie. Tym bardziej że głównym podejrzanym jest dawna gwiazda polskich zapasów i idol Zygi z młodości.

Marcin Wroński obiecuje natomiast, że jeszcze całkowicie nie porzuca lubelskiego komisarza Policji Państwowej – pracuje właśnie nad zbiorem opowiadań kryminalnych z nim w roli głównej.

AW

 

 
A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 0/5 (0)

Data publikacji 01.11.2017

Nasze galerie

Ekipa miała tylko 40 min na nakręcenie sceny finałowej filmu

?

?

?

?

?

Wiadomości z policja.pl