Wśród Indian nad Orinoko

W Wenezueli końcówka pory suchej to dobry czas na wyprawę w deltę Orinoko i dżunglę, bo rzeka nie tak rozlana, jak w porze deszczowej, a komary jeszcze nie tak dokuczliwe.

Z wyspy Margarita lecimy samolotem, który zabiera na pokład 12 osób. Po dwóch godzinach lądujemy na maleńkim lotnisku Tucupita, w sercu dżungli. Lotnisko to dwa pasy startowe i niepozorny barak otoczony bujną roślinnością.

ORINOKO, CZYLI AMACURA

Wsiadamy do dwóch łodzi. Siedzący za sterami Indianie odpalają silniki i ruszamy środkiem rzeki. Łodzie są tu jedynym środkiem komunikacji.

Orinoko, którą zamieszkujący jej brzegi Indianie Warao nazywają Amacura, ma jeden z największych systemów rzecznych świata, powierzchnia dorzecza jest 3-krotnie większa od powierzchni Polski. Sama delta jest szeroka na 22 km.

Płyniemy jedną z licznych odnóg, jakimi Orinoko uchodzi do Atlantyku. Wzdłuż brzegów ściana roślinności o wszystkich odcieniach zieleni. Od czasu do czasu widać przycupnięte na brzegu wioski indiańskie. Indianie Warao mieszkają w palafitos – domkach stojących na palach nad brzegiem rzeki, składających się jedynie z podłogi i dachu z liści palmowych.

Po dwóch godzinach docieramy do obozowiska. Po obiedzie, uzbrojeni w aparaty fotograficzne, ruszamy łodzią w dół rzeki. Zwierzęta nie reagują na nasz widok. Ogromny wyjec siedzący na drzewie gapi się na nas ze spokojem, podobnie jak śliczna niebieska ara siedząca na pniu złamanego drzewa. Nad naszymi głowami przelatują stada rozwrzeszczanych, zielonych papug, zwanych amazonkami. Co jakiś czas nad powierzchnię wody wyskakują delfiny rzeczne.

Łapiemy na wędkę piranie, ostrożnie oglądamy ich trójkątne zębiska, którymi w kilka minut potrafią spore zwierzę ogryźć aż do szkieletu.

Przypływamy do wioski Indian Warao. Przy pomoście nowoczesne łodzie. Silniki yamaha Indianie dostają od państwa, podobnie jak ubrania. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Warao chodzili nago. Dzieciaki wybiegają nam naprzeciw, wyciągają ręce po cukierki. Kobiety rozkładają na ziemi „stragany”, prezentując swoje wyroby: koszyczki, miseczki i inne naczynka plecione z włókna palmy. Mężczyźni obserwują to z daleka, siedząc w łodziach przycumowanych do brzegu.

Wzdłuż Orinoko żyje około 20 tys. Indian Warao. Starają się żyć tak, jak ich przodkowie, ale zbyt mocno weszła tu już cywilizacja, więc są jakby zawieszeni między tradycją a nowoczesnością. Mają łodzie wyposażone w silniki, noszą ubrania, a za sprzedane w mieście ryby kupują paliwo i żywność. Wokół domków walają się plastikowe opakowania. Przez wieki Indianie oddawali naturze to, co zużyte. Drewniana łódź, naczynie z tykwy czy hamak rozpadały się po czasie, więc dziś, wyrzucając nieorganiczne śmieci, sądzą, że natura je przetworzy.

Dzieci chodzą do szkoły, uczą się hiszpańskiego, ale i tak najważniejsze jest łowienie ryb i polowanie na drobne zwierzęta. Na większe nie polują, bo wierzą, że mieszkają w nich dusze ludzi, którzy odeszli…

W ZIELONYM PIEKLE

Następnego dnia nasz indiański przewodnik daje nam próbkę życia w dżungli. Ubrani w kalosze, sztormiaki, wysmarowani środkami przeciw komarom ruszamy w gąszcz, nazywany zielonym piekłem. Przez kilka pięter liści nie dociera tu słońce, jest parno, roi się od owadów. Indianin toruje drogę maczetą, w pewnej chwili zdecydowanym ruchem zatrzymuje nas i pokazuje palcem węża, który znika w kupce patyków i suchych liści. Po ukąszeniu tego węża umiera się w ciągu sześciu godzin, jeśli nie zostanie podane
antidotum. Indianie wiedzą, gdzie je znaleźć. Bo przecież jak jest trucizna, to musi być i odtrutka. Jak to w dżungli.

Człowiek dżungli wie, jak znaleźć wodę, co zjeść i czym się leczyć. Indianin pokazuje nam najprostsze do zdobycia pożywienie – ścina maczetą kawałek gniazda termitów, przykłada palec, który oblepia się termitami i oblizuje go z apetytem. Potem ścina młodą palmę, ostruguje ją i dociera do miąższu, tzw. serca palmy. Smakuje jak orzech laskowy. Palma moriche to święte drzewo Indian Warao. Nie marnuje się żadna jej część. Pień służy jako budulec, z liści wyrabiane są dachy, z włókien naczynia, hamaki i liny, z owoców, podobnych do rajskich jabłuszek, wypieka się chleb.

Indianin pokazuje nam drzewo balsa, lekkie, łatwe do obróbki i niepozorne drzewko z igłami pełnymi piekącego jadu, i dziko rosnące kakaowce, i kielich ogromnego kwiatu, którym przywabia się piranie.

Oglądamy jeszcze zachód słońca nad Orinoko i wracamy do obozu, bo ciemność zapada tu bardzo szybko. A jak już zapadnie, jest tak gęsta, że nic nie widać na wyciągnięcie ręki.

ELŻBIETA SITEK
zdj. autorka

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 5/5 (1)