CORE TEAM

Na początku była fascynacja plastikowym wojskiem, broń z patyków, odgłosy strzelanin wydawane paszczą i zasadzki w krzakach opodal piaskownicy. Dwadzieścia kilka lat później powietrze zaczęły ciąć białe kulki, grzechotać elektryczne karabiny, eter wypełniły nadawane przez krótkofalówki komunikaty bojowe… wspomnienia powróciły...

  • Co to jest rekonstrukcja militarna? Najwyższy stopień uznania, czyli naśladownictwo – twierdzą członkowie CORE TEAM
    Co to jest rekonstrukcja militarna? Najwyższy stopień uznania, czyli naśladownictwo – twierdzą członkowie CORE TEAM
  • CORE TEAM w plenerach zdjęciowych serialu „Misja Afganistan”
    CORE TEAM w plenerach zdjęciowych serialu „Misja Afganistan”

Poznaliśmy się parę lat temu. Strzelaliśmy razem, strzelaliśmy osobno, strzelaliśmy w teamie, bywało nawet, że strzelaliśmy do siebie nawzajem, bo nie każdy zaczynał od pikselowego munduru i stylizacji na U.S. Marine Corps.

JESTEŚMY CORE TEAM

Potem powstała grupa, w której zebrało się kilku weteranów weekendowych rozgrywek. Zaczęliśmy jeździć na zorganizowane imprezy wymagające odrobiny treningu, planowania, taktyki i dowodzenia. Łączy nas pasja militarna ze szczególnym uwzględnieniem Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

W Core Team na stałe jest dziewięć osób. Każda z własnym sprzętem, wiedzą, specjalizacją i indywidualnym numerem na rękawie drużynowego T shirta z logo przedstawiającym czaszkę w amerykańskim hełmie z dwoma skrzyżowanymi nożami Ka Bar w tle. Oficjalnie i na pierwszy rzut oka – normalni. Prywatnie, po godzinach – maniacy militariów. Zgrany zespół. Poza polem walki: niezdyscyplinowana, drwiąca z siebie nawzajem banda indywidualistów. W boju – jak palce jednej dłoni ściśnięte w pięść. Walczymy razem, szkolimy się razem i imprezujemy razem. Kumple. Na polu walki i prywatnie. To pasja, a nie chwilowa fascynacja. Siedzimy w tym od lat. To jeden z ważnych motywów w życiu, nawet jeśli masz poważną pracę, kredyt, dzieci i mało czasu. Nikt nie mówi o tym: hobby. To sposób na życie.

BROŃ

W symulowanych starciach posługujemy się wiernymi replikami broni używanej przez amerykańskich Marines. Wszystko jak w oryginałach: ogień pojedynczy, ciągły, bezpiecznik, manipulatory, konieczność zmiany magazynków, waga, wyważenie, wygląd. Karabiny obwieszone akcesoriami: latarki taktyczne, laserowe znaczniki celu, celowniki optyczne, holograficzne, kolimatory, chwyty, dwójnogi i tłumiki dźwięku. Repliki mają napęd elektryczny, silnik napina sprężynę, która porusza tłokiem, sprężając powietrze wyrzucające kompozytowy pocisk z lufy. Prędkość początkowa: grubo ponad sto metrów na sekundę. Zasięg: pięćdziesiąt do osiemdziesięciu metrów w pełnym automatycznym lub półautomatycznym cyklu ognia. Sekcja szturmowa Core Team dysponuje karabinkami M4A1 w wersji klasycznej i skróconej CQBR, sekcja wsparcia – karabinami wyborowymi M110 oraz lekkimi karabinami maszynowymi M60 i M249. W kaburze na udzie każdy nosi pistolet Colt MEU, lub M1911, wykorzystywany na krótkim dystansie i w pomieszczeniach. Każda jednostka broni, wzorem amerykańskich specjalsów – pomalowana farbą w sprayu, w maskujący deseń piaskowo brązowy z charakterystycznym wzorem skóry węża. Strzelamy też na ostro, z broni palnej. Statycznie na strzelnicach i dynamicznie – na szkoleniach.

REKO

Co to jest rekonstrukcja militarna? Najwyższy stopień uznania, czyli naśladownictwo. Ładujesz kupę kasy i poświęcasz sporo czasu na to, żeby skompletować sprzęt i móc wyglądać na polu walki jak prawdziwy Marine z Drugiego Batalionu Operacji Specjalnych Korpusu. Z jednej strony jest lans, dobrej jakości bojowy sprzęt, z drugiej – to totalnie przegwizdana sprawa, bo kompletowanie nigdy się nie kończy. Zawsze jest coś, co chciałbyś jeszcze mieć, czasami zmienia się regulaminowa lista sprzętu, a ty usiłujesz nadążyć. Polowanie na aukcjach, sprowadzanie sprzętu ze Stanów, wślepianie się w zdjęcia i niekończące się dyskusje o tym, co jest koszerne, a co nie, czyli co odpowiada rzeczywistości, a czego założyć nie wypada. Rzecz żmudna i nietania. Ale kiedy na zlocie wychodzisz z oddziałem do boju – wszyscy od stóp do głów ubrani w ten szpej – hełmy, stroboskopy, gogle, mundury, kuloodporne kamizelki taktyczne, ładownice, plecaki, ochraniacze, pikselowe mundury, naszywki i jedna cholera wie co jeszcze – to jest uczucie jedyne w swoim rodzaju. Oczywiście po kilkunastu godzinach w polu zaczynasz przeklinać swoją głupotę, bo targanie trzydziestu kilogramów sprzętu po lasach, górach i rowach potrafi dać nieźle w kość.

Poza tym: łapiesz część mentalności, część sznytu jednostki, którą odtwarzasz. Nikt nie rekonstruuje wojska kraju, za którym nie przepada. Umówmy się, że jak mijamy na parkingu grupę reko bojowników islamskich, to nie patrzymy na siebie przesadnie przyjaźnie. Rekonstruktor rekonstruktora na mieście pozna bez trudu. Liczą się detale. Sposób wiązania butów. Klips dobrego noża wystający z kieszeni. Balistyczne okulary na czapce z daszkiem. Flaga aktywna w podczerwieni. Blachy. Dla postronnych jesteśmy przypadkowymi gośćmi w wojskowych portkach. Dla siebie – branża. Dyskretne kiwnięcie głową, uśmiech. Wiemy o co chodzi, szacunek, bracie. Ile kosztuje reko USMC? Nie mam pojęcia. Precyzyjna odpowiedź nie jest możliwa, a nawet niewskazana, bo mogłaby przerazić samego rekonstruktora albo skłonić jego żonę do złożenia pozwu rozwodowego. Lepiej o tym nie mówić głośno.

MILSIM

O co chodzi? O jak najwierniejsze odwzorowanie warunków bojowych i samej walki. Milsim (military simulation – symulacje działań wojskowych, odgrywane przez cywilów – przyp. P. Ost.) – to impreza ze scenariuszem. Jak na froncie – są siły własne, sojusznicze i jest przeciwnik, są zadania do wykonania i cele do osiągnięcia. Jest łańcuch dowodzenia i system łączności. Jest zaplecze frontu ze sztabem, transport, czasem pojazdy bojowe, nawet prawdziwe czołgi. Wreszcie jest walka. Taka na „śmierć i życie”. Zginiesz – wracasz do domu, nawet jeśli kampania trwa dwa dni, a ty dostałeś kulkę pięćdziesiąt metrów za ogrodzeniem własnej bazy, kilka minut po rozpoczęciu działań. Zostaniesz ranny w nogę – nie możesz biegać. W rękę – nie możesz strzelać. Medyk nie zdąży, nie zatamuje symulowanego krwotoku przestrzelonego płuca, nie usztywni strzaskanej kończyny – game over. Ty i twój team to część tej kampanii, element sił własnych, zobowiązany do wykonania zadania, które powierza ci dowódca. Wszyscy w pełnym sprzęcie, w ciężkich balistycznych kamizelkach, z plecakami wyładowanymi zapasowymi racjami żywnościowymi i wodą, w hełmach, uginając się pod ciężarem dodatkowych magazynków, z twarzami w barwach ochronnych – idziecie i staracie się wykonać zadanie. Zdobyć punkt oporu, wesprzeć siły własne w szturmie, uratować zestrzelonego pilota, odzyskać dane wywiadowcze, zrobić daleki zwiad.

To nie jest impreza firmowa z paintballem i wieczornym ogniskiem. W nocy nikt wojny nie zawiesza, nie ma domków z prysznicem i ciepłym wyrkiem. Jest las. Ciemno, deszcz nie deszcz, zimno czy upał – napierasz, szukasz wroga. Uderzasz lub bronisz się. W przerwach zastanawiasz się, co normalny facet robi w błocie na dnie rowu, w zimnie o piątej rano obserwując drogę i raportując sztabowi aktywność przeciwnika szyfrowanym komunikatem? Odpowiedzi nie ma. Chęć powrotu – jest, zdecydowanie. Co w tym fajnego? Niech mnie szlag, jeśli wiem. Spróbuj sam.

RANGER SCHOOL

Kto uważa, że to, co robimy, jest tylko i wyłącznie zabawą, powinien pojechać na Ranger Schoola. To szkolenie prowadzone przez Rocco Spencera – żołnierza U.S. ARMY w randze majora. Gość ma uśmiech dziecka i barki sugerujące, że jednym machnięciem byłby w stanie urwać łeb, nie rozlewając przy tym herbaty trzymanej w drugiej ręce. Amerykański major w stanie spoczynku. Twardy zawodnik, doświadczony oficer z dobrym okiem do ludzi i ogromną wiedzą, którą dzieli się chętnie.

Na szkoleniu o szóstej zrywają z wyra. Zaprawa fizyczna, bieg w sprzęcie, gimnastyka, pompki, przysiady. O wpół do siódmej – po tym jak przeniosłeś dziesięć kilo cięższego od siebie gościa chwytem ewakuacyjnym na dystansie stu metrów, wołasz mamę i chcesz do domu. Działasz w wiecznym niedoczasie. Dostajesz zadania zajmujące dwadzieścia minut i dziesięć minut na wykonanie. Jesz na rozkaz. Palisz w strefie. Chodzisz z bronią. Sprzęt trzymasz rozłożony w gotowości na wypadek alarmu. Spóźnisz się – punkty karne. Zapomnisz giwery – punkty karne. Zajarasz poza strefą – punkty karne. Pyskujesz, kwestionując przyznanie punktów karnych – punkty karne. W międzyczasie – szkolenie. Poruszanie się i zmiana szyku, taktyka małych zgrupowań piechoty, obsługa broni, kamuflaż. Planowanie misji, sytuacja, założenia taktyczne. Budowanie miniaturowej mapy z piasku i gałęzi. Budowanie makiety obiektu, ćwiczenie na sucho. Przy każdym błędzie – powtórka. Do skutku. Pod wieczór lecisz z nóg. Masz tylko jedną małą rzecz do zrobienia przed snem – wykonać misję, do której szkoliłeś się i którą planowałeś przez cały dzień. Wkładasz sprzęt. Malujesz facjatę w kolory ochronne. Przyczepiasz kamuflaż do oporządzenia, liście, gałęzie, trawę. Nic nie ma prawa świecić ani grzechotać. Prosisz kumpla, żeby sprzedał ci parę płaskich po gębie, bo zasypiasz na stojąco. W końcu wychodzisz w teren, w szyku, zachowując bezwzględną dyscyplinę świetlną i dźwiękową. Tyrasz po lesie. Szukasz celu. Robisz podejście. Ustalasz strefy ostrzału, drogę ewakuacji, obrabiasz dziesiątki zmiennych. Przy każdym zatrzymaniu szyku czekasz minutę w pozycji klęczącej, po minucie – zgodnie z procedurą, kładziesz się na ziemi i kontrolujesz swoją strefę ostrzału. Padasz i wstajesz kilkaset razy w ciągu misji. Sprzęt ciąży. Kolana i kręgosłup krzyczą o zmiłowanie. To nie jest szkolenie na sucho, za przeciwników masz żywych ludzi, z karabinami równie skutecznymi jak twój, przeszkolonych, znających teren. Maszeruj albo giń. Po intensywnej strzelaninie, w dymie i huku petard, napompowany adrenaliną po sam sufit, masz parę kilometrów marszu do bazy i cztery godziny do pobudki. I tak przez parę dni z rzędu. Musi w nas być jakiś pierwiastek masochizmu, ale Core Team zapisuje się na szkolenie co roku.

*

Na ślubie kumpla z Core Teamu, w domu weselnym, wisiała tablica pokazująca rozkład stolików. Każdy stolik oznaczony, rodzina panny młodej, rodzina pana młodego, wszystkie krzesła opisane imieniem i nazwiskiem gościa. Tylko jeden stolik różnił się w tym rozkładzie. Był opisany jako Core Team, a zamiast imion i nazwisk umieszczono numery służbowe: od 211 do 219. Zrozumiałe bez zbędnych wyjaśnień i o to chodzi.

Lolo – członek Core Team
zdj. Michał Szewczyk


SEVI

Wśród urzędników, lekarzy, przedsiębiorców, grafików komputerowych, doradców ubezpieczeniowych i dyrektorów finansowych w Core Team jest także policjant – asp. Seweryn Prządka, dzielnicowy z KRP IV na warszawskiej Woli.

W Policji służy od połowy 1999 r. Dlaczego wybrał Policję? Odpowiedź jest prosta – fascynacja służbami mundurowymi. Od 2003 r. jest dzielnicowym.
Historia wojskowości, dzieje jednostek, w szczególności amerykańskich, interesowały go od dawna.

– Od zawsze oglądałem filmy dokumentalne o bitwach, chłonąłem wszystkie wiadomości o Marines – mówi Seweryn Prządka z Core Team „Sevi”. – W pracy wiedzą, że mam hopla na tym punkcie. Żona mówi czasami, że to niemało kosztuje… Syn ma na razie trzy lata, ale jak podrośnie, to pewnie też go w to wciągnę.

P. Ost.
zdj. www.core team.pl i Andrzj Mitura

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 5/5 (1)