Świadek koronny – korzyści i zagrożenia

„Korona” za gliniarza

W prowadzonej na naszych łamach dyskusji prezentowaliśmy różne problemy, jakie wiążą się z instytucją świadka koronnego, a także różne opinie na temat stosowania w praktyce ustawy o świadku koronnym. Prezentowaliśmy plusy i minusy, obawy i nadzieje, fakty i statystykę. Tym razem przedstawiamy historie policjantów, którzy stali się ofiarami pomówień, zeznań świadka koronnego niezweryfikowanych przez prokuratora.

– Świadek koronny miał być supernarzędziem do walki ze zorganizowaną przestępczością. Potem okazało się, że jest także narzędziem do wykańczania policjantów – mówi Piotr Wróbel. – Jak bandzior chce uzyskać status, to musi mieć w zamian istotne informacje. A najłatwiej dostać koronę za gliniarza.

Piotr Wróbel był pierwszą ofiarą świadka koronnego. Jego historia była tak spektakularna i głośna, że posłużyła za kanwę scenariusza filmu „Odwróceni”.

ODWRÓCONY I PRZEWRÓCONY

czyli „Masa” kontra podinsp. Piotr Wróbel

Kiedy wchodziła w życie ustawa o świadku koronnym, Piotr Wróbel, wówczas oficer CBŚ, wierzył, że pomoże to rozbić mafię pruszkowską. Kilka lat później świadek koronny zniszczył jego życie.

Wróbel, zdolny oficer, najmłodszy w kraju naczelnik CBŚ, zwerbował do współpracy wysoko postawionego w hierarchii „Pruszkowa” Jarosława S., pseudonim Masa. „Masa” dostarczał wielu informacji, ale gen. Rapacki, ówczesny zastępca szefa Policji, ocenia, że początkowo nie miały one szczególnego znaczenia.

– Kiedy zaczęliśmy zwijanie „Pruszkowa”, przejrzałem materiały dostarczone przez „Masę” – mówi. – Jego pierwsze zeznania mnie rozczarowały. Były mało konkretne i chaotyczne, takie informacje typu: „słyszałem”, „podobno”, „na mieście mówi się”. Wciąż go dosłuchiwaliśmy w różnych sprawach, żeby uściślić, zdobyć konkrety, wyciągnąć szczegóły. Ale „Masa” był dla nas ważny z innego powodu – to był pierwszy świadek usytuowany tak blisko zarządu „Pruszkowa”.

Według Piotra Wróbla w pewnym momencie „Masie” zaczął palić się grunt pod nogami, zaczął bać się kumpli. Kiedy weszła ustawa o świadku koronnym, zobaczył tu dla siebie szansę na ochronę. Ale żeby uzyskać status, musiał mieć coś istotnego do zaoferowania prokuraturze.
Historia o tym, że Piotr Wróbel próbował wymusić od niego 10 tys. dolarów łapówki w zamian za ostrzeżenie o przeszukaniu, była według prokuratora wiarygodna. Mimo całej nielogiczności, bo jak mówi Wróbel: – Gdybym naprawdę go ostrzegł, to przecież nie znaleźlibyśmy w jego domu przedmiotów pochodzących z przestępstwa, których szukaliśmy.

„Masa” dostał status koronnego, wkrótce potem Wróbel został zmuszony do odejścia z Policji i po niedługim czasie aresztowany. Miał 36 lat, stopień podinspektora i zaledwie 15 lat służby. Usłyszał zarzuty i osiem miesięcy przesiedział w areszcie. Pierwszy miesiąc na oddziale N dla szczególnie niebezpiecznych lub związanych z przestępczością zorganizowaną. Zwolniony w 2001 roku jeszcze kilka lat czekał na oczyszczenie z zarzutów, mimo że sam „Masa” kilkakrotnie mówił później, że pomówił go po pijanemu, trochę ze złości, a trochę dla żartu. Kiedy w roku 2010 Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł: „niewinny”, Piotr Wróbel był już od dawna poza Policją. Obecnie pracuje w firmie telekomunikacyjnej, awansuje i jest z tej pracy zadowolony.

– Czy tęsknię za Policją? Teraz już nie. Jestem z policyjnej rodziny, kiedyś wydawało mi się, że mam to we krwi, a ta praca była moją pasją. Ale później zbyt wiele złego doświadczyłem. Kiedy zostałem pomówiony przez przestępcę, prokurator chętnie łyknął taki kąsek, który miał być dla niego trampoliną do awansu, a moi przełożeni umyli ręce. Kazali mi się szybko zwalniać, bo „coś koło ciebie cuchnie”. Nie opuścili mnie tylko niektórzy koledzy – mówi.

DALTONISTA I „GANG POLICJANTÓW”

czyli „Patyk” kontra podkom. Szklarska, podkom. Rutkowski i inni

Igor Ł., pseudonim Patyk, jest świadkiem koronnym od 2000 roku. Głośno zrobiło się o nim w ubiegłym roku, kiedy inny świadek koronny wskazał go jako zabójcę generała Papały. Ponad 10 lat „Patyk” chował się przed odpowiedzialnością za statusem świadka koronnego. W zamian pomagał rozpracować gang samochodowy, w którym działał. Ale nie tylko. To dzięki jego zeznaniom prokuratura chwaliła się wykryciem i rozbiciem gangu… policjantów, który miał działać w komendzie na warszawskim Śródmieściu. „Patyk” chętnie wskazywał skorumpowanych policjantów, którzy, jak twierdził, zapewniali ochronę gangowi samochodowemu. Według jego zeznań łapówki brało kilkunastu. Wśród nich znalazła się policjantka, podkom. Ewa Szklarska.

Koledzy nazywali ją „Żyleta”, bo miała pasję i zaciętość. Osiągała znakomite wyniki w pracy operacyjnej i po kilku latach awansowała do Centralnego Biura Śledczego KGP. Podobnie jak Piotr Wróbel z ustawą o świadku koronnym wiązała wielkie nadzieje. Do pracy w CBŚ była świetnie przygotowana, przeszła specjalistyczne przeszkolenie. Skierowano ją do wydziału ochrony świadka koronnego. Po paru miesiącach naczelnik poinformował ją, że została pomówiona… przez świadka koronnego. Sprawa miała dotyczyć czasu, kiedy pracowała na Śródmieściu. Tylko tyle, żadnych konkretów. Sama poprosiła o przeprowadzenie postępowania wyjaśniającego. Nie ujawniło żadnych nieprawidłowości w jej pracy i sprawę uznano za zamkniętą. Kilka miesięcy później została zatrzymana i doprowadzona na przesłuchanie do prokuratury.

– Nie wiedziałam, co się dzieje, byłam przekonana, że to jakaś pomyłka – opowiada. – Ze zdumieniem usłyszałam, że prokurator zarzuca mi współpracę z gangiem w czasie, gdy pracowałam na Śródmieściu. Powtarzałam, że jestem niewinna, na co usłyszałam kpiące: „Jeśli to pomyłka, to sąd szybko panią uniewinni”. Czekałam na to osiem długich lat. Przez pierwsze trzy byłam zawieszona w czynnościach, dostawałam połowę pensji, potem musiałam odejść, bo zmieniły się przepisy dotyczące zawieszenia. To był straszny czas, byłam na skraju depresji, wegetowałam. Nie zostałam aresztowana tylko dlatego, że samotnie wychowywałam niepełnosprawną córkę – wspomina. – Inni policjanci oskarżeni w tej samej sprawie mieli mniej szczęścia i trafili do aresztu. A w mojej kochanej Policji bardzo szybko wszyscy się ode mnie odwrócili, nie wiem, czy bardziej z tchórzostwa, czy z podatności na słuchanie negatywnych opinii o innych – mówi z goryczą. – Jedynym człowiekiem, który mnie bronił i nigdy nie uwierzył w moją winę, był generał Rapacki.

Ewa Szklarska zarzuca prokuratorowi, że nie dopuszczał przedstawionych przez nią dowodów, nie weryfikował zeznań świadka koronnego. Podobnie ocenia jej sprawę generał Rapacki.

– Świadek koronny zeznawał bardzo nieprecyzyjnie, nie podawał gdzie i kiedy miały miejsce wskazywane przez niego fakty, mylił osoby – wspomina Rapacki. – Twierdził na przykład, że Szklarska była blondynką, podczas gdy ona w tym czasie miała ciemny kolor włosów. Mało tego: do zidentyfikowania jej świadek dostał tablicę poglądową ze zdjęciami trzech mężczyzn i jej, jedynej kobiety. Jest to absolutnie niezgodne ze sztuką prowadzenia postępowania, ale to wszystko nie przeszkadzało prokuratorowi skierować aktu oskarżenia do sądu.

– W jednym z przesłuchań „Patyk” powiedział o sobie, że jest daltonistą, to pewnie dlatego mu się te kolory włosów pomyliły. W takim razie czy to nie dziwne, że tak szczegółowo opisywał kradzione samochody, w tym ich kolory? – ironizuje Szklarska.

Podkom. Szklarskiej i dziesięciu innym policjantom z Warszawy zarzucono działalność w zorganizowanej grupie przestępczej, która miała polegać na odstępowaniu od kontroli osób popełniających przestępstwa, informowaniu ich o zamierzeniach policji, odstępowaniu od zatrzymywania ich itp. Kiedy, w jakich okolicznościach, z kim itd. mieli dokonywać tych czynów, prokurator nie sprecyzował.

W tamtym czasie partnerem Ewy Szklarskiej był podkom. Wiesław Rutkowski. Na podstawie zeznań „Patyka” prokuratura zrobiła z niego wręcz szefa policyjnego gangu. W zeznaniach koronnego znowu było wiele sprzeczności. Na przykład podczas okazania zdjęć jako partnerkę Rutkowskiego wskazał zupełnie inną policjantkę, która nigdy z nim nie pracowała. „Patyk” twierdził też, że wręczył łapówkę 400 dolarów partnerowi Ewy (czyli Rutkowskiemu) w jej obecności, a na okazaniu jako tego partnera wskazał nie Rutkowskiego, tylko innego policjanta. Nikt tych sprzeczności nie wyjaśniał.

Rutkowski przesiedział w areszcie ponad 8 miesięcy. Został zwolniony za kaucją 20 tys. zł, ale proces toczył się nadal. Podobnie jak Szklarska zwolnił się z Policji i podobnie jak ona oraz dwóch innych pomówionych policjantów został uniewinniony w 2010 roku. Pozostałych skazano za całkiem inne przestępstwa, niż początkowo zarzucano „gangowi”, np. za nielegalne posiadanie amunicji.

Ewa Szklarska pracuje dziś z osobami niepełnosprawnymi. Do Policji wrócić nie chce, został jej zbyt głęboki uraz.

– Jedną z najbardziej obrzydliwych rzeczy, jakie zrobił prokurator, była próba nakłonienia moich kolegów do zeznań przeciwko mnie, przez kłamliwe informowanie, że ja ich sypnęłam. Naraził mnie z tego powodu nie tylko na niechęć środowiska. Jeden z tych, których rzekomo sypnęłam, gdy wyszedł z aresztu, powybijał mi szyby – mówi, nie mogąc powstrzymać emocji.

Była policjantka uważa, że ustawa o świadku koronnym jest dobra, tylko jej stosowanie jest często nieprawidłowe.

– Błędy robią prokuratorzy i tu trzeba dokonać zmian, a nie w ustawie – mówi. – Mam nadzieję, że przygotowywana nowa ustawa o prokuraturze wprowadzi odpowiedzialność prokuratorów za popełniane błędy. Nam przetrącono nie tylko kariery, ale też zwichnięto życie. Rozpadło się kilka małżeństw, paru kolegów nie wytrzymało presji i zaczęło pić.

KONFABULANT I KOMENDANT

czyli „Koczis” kontra nadkom. Andrzej Szkopek

Andrzej Szkopek miał 32 lata, gdy w 1999 roku został najmłodszym w Polsce komendantem powiatowym. Przepowiadano mu wspaniałą karierę w Policji. Pięć lat później jego świat się zawalił. Musiał odejść z pracy, która była jego pasją, dwa lata spędził w areszcie, a ponad pięć walczył o sprawiedliwość.

Nadkom. Andrzej Szkopek, były komendant powiatowy w Wyszkowie, został pomówiony przez świadka koronnego o pseudonimie Koczis, złodzieja, który ledwie skończył szkołę specjalną i z trudem formułował myśli, a który opowiadał prokuratorom o tym, jak wręczał łapówki komendantowi. Miał się z nim spotykać w tym celu... w krzakach koło stadionu. Łapówki miały być za udzielanie informacji, za odstępowanie od zatrzymań itp. „Koczis” konfabulował dość prymitywnie i nie precyzował szczegółów, a prokurator tego nie wymagał. Przestępca uzyskał status świadka koronnego i później zeznawał w kilku jeszcze innych sprawach.

A świetnie zapowiadający się komendant został wezwany do komendanta wojewódzkiego, który zakomunikował mu krótko: „Albo sam się zwolnisz, albo ja cię zwolnię”.

– Byłem w szoku, usiłowałem dowiedzieć się, o co chodzi, ale w odpowiedzi usłyszałem tylko, że komendant niczego nie musi mi tłumaczyć – mówi. – I tyle. Wróciłem do Wyszkowa i złożyłem raport o odejście, nadal nie wiedząc, czym się naraziłem.

Wyjaśnienie przyszło po kilkunastu dniach, kiedy o 6.00 do drzwi jego domu zapukali funkcjonariusze BSW z nakazem przeszukania.

– Zabrali mnie do komendy, prowadzili korytarzem w obecności moich niedawnych współpracowników, z których jeden musiał mnie daktyloskopować. On był bardzo zażenowany, ale moje upokorzenie było wprost nie do opisania – mówi bardzo emocjonalnie.

Pobyt w areszcie to był horror.

– Wiedziałem, jak cierpi moja 12-letnia córka, w szkole jej dokuczali, wyśmiewali, poszturchiwali. Ale najgorszy był dzień, kiedy poinformowano mnie, że świadek koronny pomawia również moją żonę o to, że przekazywała informacje grupie przestępczej – wspomina. – Bałem się, że żona zostanie zatrzymana, a córka zostanie sama.

Sąd pięciokrotnie uchylał mu areszt, jednak po zażaleniach prokuratury zmieniał decyzję. Areszt Szkopek opuścił dopiero po dwóch latach. Na kaucję w wysokości 100 tysięcy złotych złożyła się cała rodzina. Kolejne trzy lata walczył o sprawiedliwość. Wreszcie w 2010 r. został prawomocnie uniewinniony. Sąd orzekł, że akt oskarżenia, zbudowany jedynie na zeznaniach świadka koronnego, jest pełen luk i sprzeczności. Prokuratura odwołała się od wyroku, ale sąd wyższej instancji wyrok podtrzymał. Prokuratura nadal nie dawała za wygraną i wniosła do Sądu Najwyższego wniosek o kasację wyroku uniewinniającego. Dzień przed rozprawą ten wniosek wycofał prokurator generalny „jako oczywiście bezzasadny”.

SAMOTNI I MACHINA

czyli uniewinnieni kontra państwo

Pomówieni policjanci w walce o uniewinnienie zostali sami. Naprzeciw nich była cała potężna machina wymiaru sprawiedliwości, powolna i często niewydolna. Opuszczeni przez większość kolegów i przełożonych, wspierani jedynie przez bliskich, kilka lat musieli czekać na sprawiedliwy wyrok. Bezpowrotnie złamano ich zawodowe kariery, zdemolowano życie rodzinne.

Piotr Wróbel po 11 latach jeszcze nie może odetchnąć z ulgą, wyrok uniewinniający zaskarżyła bowiem prokuratura. Sprawa wróciła do sądu, dostał ją do prowadzenia nowy sędzia, który zapoznaje się z aktami.

Ewa Szklarska złożyła do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu skargę przeciwko państwu polskiemu na przewlekłość postępowania. Wygrała, trybunał przyznał jej 5 tysięcy euro zadośćuczynienia.

Szklarska domaga się też zadośćuczynienia od Sądu Okręgowego w Warszawie. Jak dotąd, bezskutecznie.

– Wciąż czuję się jak w „Procesie” Kafki. Od początku nie wiem, co się dzieje i co „wymiar niesprawiedliwości” wokół mnie robi – mówi.
Andrzej Szkopek złożył w Sądzie Okręgowym w Warszawie wniosek o odszkodowanie w wysokości miliona złotych, a w Prokuraturze Generalnej zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez prokuratorów, którym zarzuca przekroczenie uprawnień i nakłanianie do fałszywych zeznań oraz przez świadka koronnego, który fałszywe zeznania składał. Prokuratura Generalna skierowała sprawę do apelacyjnej, a ta do prokuratury okręgowej, tej samej, która go oskarżała. Sprawa krążyła wiele miesięcy, wreszcie uległa przedawnieniu.
Wiesław Rutkowski domaga się od państwa odszkodowania za niesłuszne aresztowanie i zadośćuczynienia za straty moralne w wysokości 850 tys. złotych.

Nie są jedynymi policjantami, którzy padli ofiarą świadka koronnego i karygodnych zaniedbań prokuratorów. I mimo że we wszystkich tych i podobnych sprawach sądy wytykały liczne błędy i nieścisłości w aktach oskarżenia, nieznany jest ani jeden przypadek, aby prokurator poniósł z tego powodu konsekwencje.

ELŻBIETA SITEK


Państwo musi wziąć odpowiedzialność

Rozmowa z dr. Piotrem Kładocznym z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka

Jakie problemy związane z ustawą o świadku koronnym trafiają do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka?

– Zwracają się do nas o pomoc ci, którzy mają zastrzeżenia co do prawidłowości i rzetelności stosowania ustawy. Są to osoby pomówione przez świadka koronnego, ale zdarzają się też i sami świadkowie koronni, którzy mają pretensje do państwa o niewywiązanie się z umowy.

Przedstawiciele fundacji, m.in. Pan, obserwowali sprawę byłej policjantki Ewy Szklarskiej i innych policjantów z Warszawy pomówionych przez świadka koronnego o popełnianie przestępstw. Jakie nasuwały się uwagi?

– W tej sprawie akt oskarżenia był, delikatnie mówiąc, bardzo nieprecyzyjny, cienki dowodowo. Jedynym dowodem przeciwko Szklarskiej i innym policjantom były zeznania skruszonego przestępcy „Patyka”, zeznania pełne błędów, sprzeczności i luk. Zeznania każdego świadka prokuratura powinna badać dokładnie, ale świadka koronnego w szczególności, bo on korzysta z dobrodziejstwa ustawy. Tymczasem odnoszę wrażenie, że ta instytucja jest dla prokuratorów wygodnym środkiem do szybkiego uzyskania dowodów, zbyt szybkiego i zbyt powierzchownego uzyskania.

Weryfikuje je jednak sąd…

– Tak, ale to nie powinno trwać aż tak długo. Dlatego moje zastrzeżenia budzi nie tylko praca prokuratury, lecz także sądu. Wątek Szklarskiej i Rutkowskiego był tylko maleńkim fragmentem w całej ogromnej sprawie złodziei samochodowych, w której było ponad 50 oskarżonych. Powinien być wyłączony i rozpatrzony o wiele szybciej. Szklarska, Rutkowski i wielu innych policjantów pomówionych przez świadka koronnego czy zwykłych przestępców czekają latami na oczyszczenie z zarzutów, a potem domagają się od państwa zadośćuczynienia i odszkodowania. Skarżą się na przewlekłość postępowania, na niezasadne aresztowanie. Niektórzy korzystają przy tym z pomocy fundacji. Ich prawa zostały naruszone i państwo musi wziąć za to odpowiedzialność.

A co z odpowiedzialnością prokuratorów? Czy powinni ponosić konsekwencje ewidentnych błędów, jakie zdarza im się popełnić? Czy powinno to być zapisane w nowej ustawie o prokuraturze?

– Tak naprawdę stosowne przepisy istnieją w aktualnie obowiązującej ustawie o prokuraturze. To nie jest kwestia zmiany prawa, tylko innego podejścia do tego problemu i innej praktyki.

Sama ustawa o świadku koronnym jest dobra…?

– Moja ocena jest ostrożna. Myślę, że stosowanie tej ustawy należałoby zawiesić i dogłębnie przeanalizować wszystkie sprawy, w których była stosowana. A potem zastanowić się nad ewentualnymi zmianami.

Dziękuję za rozmowę.

ELŻBIETA SITEK
zdj. Andrzej Mitura

 

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 5/5 (3)