Powódź 2010

743 – gminy dotknęła powódź w 14 województwach
42 200 – osób ucierpiało na skutek powodzi
657 mln zł – wydatki z rezerwy celowej przeznaczone na walkę z powodzią i usuwanie jej skutków
(dane MSWiA z 22 czerwca 2010 r.)

W czasie powodzi każdy ma jakąś historię do opowiedzenia. O czekaniu na dachu, który okazał się jedyną drogą ucieczki; o utopionej krowie, co wypłynęła na podwórze z obórki; o pamiątkach po babci uniesionych przez nurt; o rodzinnym grobie, który trzeba będzie wybudować od nowa, zaraz po domu, który też spłynął; o oszalałych szczurach, atakujących ludzi na wałach. Policjanci również – choć nieco inne – o obowiązku. Nawet ci, których domy też zostały zalane.

(...)

SANDOMIERZ

Tydzień po tym, jak powódź po raz pierwszy zalała niemal całą prawobrzeżną część miasta. Kolejny dzień na łódce dyżurują st. sierż. Dariusz Wziątek i sierż. Marcin Dziorek. Nie są w stanie ocenić, ilu ludzi i ile zwierząt ewakuowali przez ten czas.

– Ktoś podobno liczył na początku, ale szybko stało się jasne, że to nie ma większego sensu – mówi st. sierż. Wziątek. – Trzeba było szybko działać, a nie bawić się w rachunkowość. Mieliśmy tu sajgon. Ludzie nie byli przygotowani na tak wysoką wodę. Jedni rzucali się do łódek, nie bacząc, czy ich nie wywrócą, innych nie można było uprosić, by się ratowali. Podjęliśmy rodzinę, która do końca nie chciała opuścić domu. Woda zalała wreszcie cały budynek. Nie mieli już gdzie uciekać, a na spadzisty dach nie zdołali się wdrapać. Dwie godziny czekali uczepieni rynny, nim nadeszła pomoc.

Po tygodniu woda już znacznie opadła, odsłaniając nie tylko rozmiary strat materialnych, ale i to, że nie każdy miał szczęście.

– Wczoraj wyłowiliśmy z tego domu topielca – sierż. Dziorek pokazuje na jeden z budynków, koło którego przepływamy.

Dziorek i Wziątek to ostatnia pływająca w Sandomierzu policyjna załoga.

– Wcześniej pomagali nam chłopaki z: Końskich, Nowego Miasta Lubawskiego, Kielc i Olsztyna, łącznie było sześć policyjnych motorówek – mówi st. sierż. Wziątek. – Pływaliśmy w mieszanych składach, gdyż nawet tutejszym trudno zorientować się, gdzie ulica, po której można płynąć w miarę spokojnie, a gdzie na przykład płot lub jakieś przeszkody, na których można uszkodzić sprzęt. Szczególnie w nocy, bo łódki nie mają własnego oświetlenia. Jeden musi stać na dziobie z latarką i wytężać wzrok, drugi prowadzić. Z tym że chłopaki szybko się nauczyli, gdzie, co i zaraz zaczęli pływać sami. Naprawdę bardzo nam pomogli, dzięki. Teraz już nie mogą, bo ich łodzie mają napęd śrubowy, który nie pozwala na pływanie przy tak niskim stanie wody w wielu miejscach. Zaraz urwaliby śrubę tam, gdzie my jeszcze się prześlizgujemy, bo mamy napęd strugowodny i dyszę powyżej linii zanurzenia.

Faktycznie, motorówka co pewien czas szoruje dnem po podłożu, ale większość zalanego terenu pokrywa jeszcze co najmniej metr wody. I tu nie brakuje niespodzianek – trzykrotnie „przejeżdżamy” po czymś, co mogło być dachem zatopionego auta. Próbujemy dotrzeć do dwóch dzielnicowych, którzy padli ofiarą powodzi. Bezskutecznie. Miejscami jest za płytko nawet dla ich łodzi, miejscami zaś za głęboko dla samochodu. Dotrze tam tylko wojskowa amfibia.

WIELOWIEŚ KOŁO TARNOBRZEGA

Zalane zostały domy kilku policjantów z sandomierskiej powiatówki, między innymi sierż. sztab. Daniela Chmielewskiego, przewodnika psa z Ogniwa Patrolowo‑Interwencyjnego i jednocześnie sternika motorowodnego.

– Wezwanie do służby przyszło o 3.00, dało się jeszcze przejechać, więc szybko byłem w komendzie – mówi. – Ostrzegaliśmy ludzi przez megafon, wzywając do ewakuacji. Później już tylko zamykaliśmy kolejne skrzyżowania, by wkrótce wycofywać się na następne. I tak jedno po drugim zalewała woda, aż żal było patrzeć, jak przegrywamy.

Sierż. sztab. Chmielewski domyślał się, że i jego dom został podtopiony. Wcześniej poczynił odpowiednie przygotowania do obrony przed nadciągającym żywiołem. Żonę Agnieszkę wraz z synami: 13-letnim Piotrem i 10-miesięcznym Kacprem wywiózł do teściów do Tarnobrzega; Etnę, służbowego owczarka alzackiego, wyprowadził do swojej rodziny, w wyższą okolicę. W domu pozostała teściowa, pilnująca dobytku.

– Dopóki nie pękły wały, wydawało się, że jakoś to będzie, ale później... – urywa smutno. – Najstarsi ludzie nie pamiętają tu takiej wody.
Zakupiony 6 lat temu, odremontowany wielkim nakładem sił całej rodziny, dom na szczęście stoi na ponadmetrowej podmurówce, dzięki czemu woda zniszczyła tylko podłogi i uszkodziła dolne partie ścian, czyniąc też spustoszenie wśród mebli i domowych sprzętów.

– Niby zalało tylko nieco ponad kontakty, ale widać, że wilgoć idzie wyżej, nie wiadomo, ile tego trzeba będzie skuć, tak jak podłogi – pokazuje na plamy, które niegdyś były farbą na ścianach. – Wszystkie drzwi też do wymiany, bo się powypaczały, nie można żadnych domknąć.
To jednak tylko początek na liście strat. Nie miały takiej podmurówki dawne pomieszczenia gospodarcze, które przerobili na – wyposażony we wszystkie media, meble, sprzęty – domek letni. Woda sięgnęła tam niemal po dach, całkowicie niszcząc wnętrza. Nic już nie będzie też z drzewek orzecha laskowego, zajmujących 2,5 ha, podobnie jak i z zasadzonych w marcu czereśni.

Sierż. sztab. Chmielewski mógł tylko przyglądać się temu, dopływając z prowiantem dla teściowej oraz czekając na opadnięcie wody.

– Kierownik chciał mi dać wolne, ale powiedziałem: „Po co? Tam nic nie wskóram, póki stoi woda, tu się przydam” – mówi.
Przez siedem dni, od 6.00 do 18.00, Chmielewski pływał motorówką – najpierw ewakuując powodzian, później zaopatrując ich. Ósmego dnia woda opadła na tyle, że mógł wejść na własne podwórko. Dostał urlop.

– Nie wiem, w co ręce włożyć – przyznaje, pakując do śmieci poniszczone rzeczy z ogromnego stosu przed wejściem do domu. – Ale ja i tak nie mam najgorzej. Jeden z chłopaków (dzielnicowy, do którego nie można było dotrzeć – przyp. aut.) kupił niedawno dom do remontu, wykańczał go i miał się wprowadzić chyba w sierpniu. Zalało go po dach.

Jutro do Chmielewskiego przyjadą Wziątek i Dziorek z pięcioma innymi kolegami – pomagać mu w porządkach. To będzie ich pierwszy wolny dzień po tygodniu na powodzi.

NA WAŁACH, GDZIEŚ POD WILKOWEM

Wilków to bodaj najbardziej zalana gmina w Polsce – pod wodą znalazło się 95 proc. jej powierzchni. Wójt już po pierwszej fali szacował straty na ponad 100 mln złotych, przy rocznym budżecie gminy – 17 mln. W rejonie pracują psychologowie z lubelskiej KWP, m.in. zespół w składzie: kierownik kom. Teresa Wąsikowska, kom. Waldemar Łukowski i sierż. Małgorzata Godula. Nie tylko słuchają ludzi i rozmawiają z nimi, lecz, jak trzeba, dowożą zaopatrzenie, wożą na szczepienia.

– Wiemy kto, gdzie, czego potrzebuje, mamy swoich „stałych klientów” – mówią. – Początkowo powodzianie mogli tylko rozpamiętywać swoje przeżycia z kataklizmu, uwalniać się od nich przez wygadywanie się. Teraz jest już inna faza, zaczynają mówić o tym, co trzeba będzie naprawić, zaczynają snuć plany na przyszłość.

Przyznają, że jest coś dobrego w ludziach, iż w takich sytuacjach otwierają się na siebie, potrafią być empatyczni.

– Strażacy, którzy są tu od początku: jak oni reagują na to, w czym przychodzi im uczestniczyć, na przykład na spotkanie zwierzęcia z panem – mówią. – Mieli łzy w oczach, patrząc, jak pies przytula się do odnalezionego właściciela.

MACHÓW K. OPOLA LUBELSKIEGO – DRUGA ODSŁONA

– Panie Zbyszku, jak tam po ponownej fali? – pytam przez telefon asp. Dzierżaka, z którym nie dane było mi spotkać się w maju. – Wtedy miałem wody w domu tak nieco pod górną krawędź okien, teraz, mimo że następna fala miała być niższa, mam do sufitu; podobnie Rafał Fittler, drugi zalany policjant z naszej jednostki – pada odpowiedź. – Jadę akurat do Legionowa zdawać egzaminy wstępne do WSPol., bo dostałem zgodę na Szczytno i wypada ją wykorzystać. A jutro o 8.00 z powrotem na służbę.

On również pływał przez siedem dni motorówką, nim dostał pierwszy dzień wolnego. Tyle że do domu nie za bardzo było po co wracać. Wolał ten czas spędzić z ewakuowaną rodziną: żoną Grażyną, synem Michałem (18 lat) i córką Izabellą (13 lat).

– Potrzebowaliśmy tego – mówi. – Pływałem przez 8 dni, napatrzyłem się na zatopione domy. Własny też. Pierwsze 30 godzin powodzi byłem cały czas na nogach, później położyłem się w radiowozie, żeby troszkę się przespać, jednak zwlokłem się, bo bałem się, że zobaczy to któryś z dziennikarzy i jeszcze zrobi zdjęcie i będzie, że Policja śpi na służbie – mówi. – Zamiast tego, resztką sił, pojechałem do Puław, gdzie kolega udostępnił nam swoje mieszkanie. Zdaje się, że jeszcze troszkę w nim pobędziemy. Jestem wdzięczny kolegom i z byłej, i z obecnej jednostki za to, że gdy tylko dowiedzieli się, co mnie dotknęło, zadzwonili i zaoferowali wszelką pomoc. Nie każdy ma taką możliwość i może liczyć na kumpli.

Pod wodą znalazło się całe, przejęte pięć lat temu po ojcu, gospodarstwo – zabudowania i sad, na które miał kupca, ale nie chciał sprzedawać, „bo to ojcowizna, zadbane, wiadomo żal”. Przeciwnie, dokupił jeszcze drzewek owocowych. Wszystko poszło na zmarnowanie.

(...)

Kiedy płyniemy do jego domu, do asp. Dzierżaka dzwoni kolega – zdali do Szczytna. W tym roku Michał zdał próbną maturę z matmy (do prawdziwej podchodzi w następnej klasie). Kot, który zniknął na początku powodzi, odnalazł się – znudzony samotnym pobytem na poddaszu obory, ale cały. Woda szybko opada.

– Same dobre wieści – żartujemy.

Przemysław Kacak
p.kacak@policja.gov.pl
zdj. autor, Krzysztof Chrzanowski

Jest to fragment artykułu. Całość w tradycyjnej, drukowanej wersji miesięcznika „Policja 997”.

Policja w powodzi: 17 maja – 22 czerwca 2010 r.

90 055 – służb policjantów na rzecz powodzian
4000 – policjantów było zaangażowanych w walkę z powodzią każdego dnia (średnio)
31 162 – służb policyjnych radiowozów
455 – służb policyjnych łodzi
323 – godziny lotów 14 policyjnych śmigłowców
116 – osób ewakuowały policyjne śmigłowce
8 – zdarzeń kryminalnych odnotowali policjanci
22 – ofiary śmiertelne; najmłodsza – 6 lat, najstarsza – 88 lat
130 900 zł – wstępne straty w sprzęcie Policji; największe – 60 tys. zł – KWP w Kielcach; szacowanie jeszcze trwa
489 – policjantów i pracowników Policji zostało poszkodowanych przez powódź (dane na 18 czerwca)
1 443 000 – wstępna wartość strat zgłoszona przez policjantów i pracowników Policji; szacowanie strat trwa

 

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 0/5 (0)