Remigiusz Minda - riposta

Wywiad rzeka, który Andrzej Kieryłło przeprowadził z Remigiuszem Mindą, pt. „Wir” ma ukazać się w formie książkowej w grudniu br. Jego zapis został skradziony w lipcu tego roku podczas włamania do domu mecenas Jolanty Turczynowicz‑Kieryłło, obrońcy Remigiusza Mindy. „Policja 997”, jako jedyne medium, publikuje fragment wywiadu przed jego wydaniem.

– Historia napisania tego wywiadu jest równie długa, jak śledztwo przeciwko policjantom – mówi Andrzej Kieryłło. –Remigiuszowi Mindzie postawiono bardzo ciężkie zarzuty. Kiedy go zatrzymano, media z lubością je powtarzały.

Medialnie skazano go w momencie doprowadzenia do prokuratury. Kiedy obrona obalała nietrafione argumenty oskarżenia, jej wywodami świat mediów nie zainteresował się zupełnie. Złagodzenie zarzutów również nie odbiło się szerszym echem. Dlatego, dbając nie tylko o sprawy procesowe, ale i wizerunek klienta, nasza kancelaria postanowiła oddać mu głos. Czy nie obawiamy się zarzutów o ujawnianie tajemnicy śledztwa? Nie, unikamy podawania istotnych dla śledztwa szczegółów. Bardziej nam chodzi o pokazanie, jak to wszystko widzi ta druga strona, tak szybko publicznie uznana za winną.

W jakich okolicznościach został Pan zatrzymany?

– To było w poniedziałek 28 kwietnia 2008 roku, kilkanaście minut po szóstej rano, byłem w swoim mieszkaniu na trzecim piętrze w bloku. Żona wyjechała do pracy, chwilę wcześniej wróciłem z porannego spaceru z jamnikiem. Zadzwonił dzwonek do drzwi, w pierwszej chwili pomyślałem, że to jakiś głupi żart, bo kto mógłby dzwonić o tej porze. Lekko wkurzony podszedłem do drzwi, przez wizjer zobaczyłem trzech nieznanych facetów – stali i gapili się w moją stronę, miny mieli raczej ponure.

(…)

Czy powiedzieli, w jakiej sprawie przyszli, przedstawiono Panu zarzuty?

– Już na wstępie powiedzieli, że przyszli w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika, a zarzuty dotyczyły zaniedbań w śledztwie. Nie mogłem uwierzyć. W śledztwie, w którym doprowadziliśmy do wykrycia sprawców? Przecież to śledztwo wyjęło mi z życia kilka lat! Przypomniały mi się wtedy słowa mojego byłego szefa, komendanta Książkiewicza, że stary Olewnik ma rozległe polityczne kontakty i potrafi z nich korzystać. Sprawa Olewnika wróciła jak bumerang.

(…)

Czy skuli Pana kajdankami?

– Nie od razu, znacznie później. W przedpokoju, zgodnie z procedurą, poinformowali mnie, że Prokuratura Okręgowa w Olsztynie nakazała przeszukanie mieszkania, garażu i piwnicy. Podchodzili do mnie jak do pospolitego przestępcy, ustawili się w taki specjalny sposób, by w razie czego zablokować moje ruchy – sam wiele razy stosowałem te sztuczki, więc bez problemu je rozpoznałem. Przez moment nawet zastanawiałem się, kiedy rzucą mnie na glebę i zakują od tyłu, ale nie było potrzeby. Rozmawialiśmy w miarę spokojnie, chociaż były emocje, których nie dawało się ukryć. Później, gdy rozmawialiśmy już o wiele spokojniej, przyznali, że wiedzieli o mojej broni. Jeden z nich cały czas trzymał przeładowany pistolet za pazuchą, czekali na moją reakcję, gdybym wykonał jakiś dziwny ruch lub ruszył w stronę sejfu, doszłoby do strzelaniny – oni byli przygotowani na taką ewentualność.

(…)

Nie ma solidarności między policjantami?

– Nie ma, w takich sytuacjach nie ma, postąpiłbym dokładnie tak samo.

Pan na ich miejscu zrobiłby to samo?

– Zrobiłbym to samo. Wtedy, kiedy się jest po drugiej stronie, wszystko widać inaczej, ludzie w tego typu sytuacjach zachowują się dziwnie. Pracowałem 30 lat w policyjnej fabryce, sam nieraz wchodziłem do mieszkań o szóstej rano, reakcje ludzi często były zaskakujące.

(…)

A co Pan, stary gliniarz, czuł poza zdenerwowaniem?

– Czułem się oszukany przez wszystkich. Kiedy zobaczyłem nakaz prokuratora, uderzyło mnie, że przy tak poważnych zarzutach, jakie mi postawił, nakazał zabezpieczyć moje telefony komórkowe, żeby spisać z nich książki telefoniczne.

Co w tym dziwnego?

– Taka decyzja nie pozostawiała dla mnie najmniejszej wątpliwości, że tak naprawdę prokuratura nie ma dowodów, że ich dopiero szuka. Sprawdzając mój spis telefonów, prokuratura szukała moich rzekomych kontaktów z porywaczami młodego Olewnika.

(...)

Co było dalej?

– Otworzyłem sejf, wydałem broń, przeszukali go, a jeden z nich rzucił od niechcenia, żebym oddał od razu te pół miliona euro, które poszły na okup za Krzysztofa. Może to i był dowcip, ale kiepski. Jakoś się wtedy nie ubawiłem. Zrobili przeszukanie, każdy regał, każda półka, pawlacze, tapczany, szafy, szafki, łazienka, kuchnia, garnki, lodówka, piekarnik, wszystko skrupulatnie. Szukali dokumentów związanych ze sprawą, uruchomili komputer i też sprawdzili. Nic nie znaleźli.

Pan pierwszy raz po drugiej stronie. Jak to jest?

– Upokorzenie, bo od początku uważałem, że biorę udział w jakiejś farsie, ale nie miałem możliwości, by powstrzymać tę machinę. Chodziłem za nimi krok w krok, wolałem patrzeć im na ręce i to nie dlatego, że obawiałem się, że coś z domu zginie...

(...)

Jak długo trwało przeszukanie?

– Od siódmej rano do południa.

(...)

Później policjanci chcieli przeszukać piwnice i garaż, stwierdzili, że muszą założyć mi kajdanki. Mimo że zapewniałem ich, że nie zrobię żadnego głupstwa, że nie zamierzam uciekać, byli nieugięci – procedura jest procedurą... Powiedziałem, żeby mi je dali i sam je sobie założyłem.

(...)

Wyprowadzili Pana z domu, wsiedliście do auta i ruszyliście do Olsztyna, to zapewne była dla Pana najdłuższa droga w życiu?

– Tak. Kierowca usiadł z przodu, a dwóch ze mną z tyłu – ja byłem w środku, żebym nie mógł uciec. Wytłumaczyłem im, że nie mam takiego zamiaru, że jest autoblokada drzwi w samochodzie, przed nami kilka godzin jazdy, chyba dotarło do nich, że nie będę robił żadnych głupot. Ruszyliśmy, ujechaliśmy jakieś 15 metrów, poprosiłem, by włączyli radio. Było po godzinie 12, gdy usłyszałem, jak w Radio Zet podają w wiadomościach, że olsztyńska prokuratura zatrzymała trzech policjantów, a wśród nich jest szef grupy prowadzący sprawę Olewnika, Remigiusz M. Po chwili wypowiadał się Włodzimierz Olewnik, nie zapomnę tych jego słów do końca życia: wśród zatrzymanych jest zabójca jego syna!

Mocne oskarżenie.

– Ta wypowiedź zwaliła mnie z nóg, jak on mógł tak o mnie powiedzieć?! Ja zabójcą Krzysztofa?! Wtedy też z całym realizmem dotarło do mnie, że moje zatrzymanie oraz dwóch innych policjantów to finał nagonki medialnej, medialne show. Proszę, oto dzielna olsztyńska prokuratura złapała bandytów, którzy uprowadzili i zabili Olewnika.

skróty fragmentu i adiustacja – „Policja 997”

Jest to fragment artykułu. Całość w tradycyjnej, drukowanej wersji miesięcznika „Policja 997”.


Remigiusz Minda był szefem grupy śledczej mazowieckiej KWP od uprowadzenia Krzysztofa Olewnika w październiku 2001 roku do sierpnia 2004 r. Podobnie, jak Maciej L. i Henryk S., został zatrzymany na polecenie olsztyńskiej Prokuratury Okręgowej pod zarzutem zaniedbań w czynnościach i utrudniania śledztwa, co skutkować miało śmiercią Krzysztofa Olewnika (art. 231 k.k. w związku z art. 239 k.k. i art. 155 k.k.). Sądy – rejonowy i okręgowy – odmówiły aresztowania podejrzanych. Gdańska Prokuratura Apelacyjna, która przejęła sprawę, w sierpniu br. zmieniła ostatni zarzut z nieumyślnego spowodowania śmierci na narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. Śledztwo trwa.

Za niezasadne zatrzymanie olsztyński Sąd Okręgowy przyznał policjantom po 7 tys. złotych odszkodowania.
Polska Agencja Prasowa 4 listopada br. informowała:

Sędzia Andrzej Gwizdała, przypominając okoliczności zatrzymania, powiedział, że funkcjonariusze wkroczyli do mieszkania Remigiusza M. po 6.00 rano i jako jedyny z zatrzymanych był wyprowadzany w kajdankach.
„Był wieziony do prokuratury w Olsztynie, towarzyszyli mu przedstawiciele mediów, a relacje z zatrzymania zostały wyemitowane w największych stacjach telewizyjnych w głównych wydaniach wiadomości” – podkreślił sędzia. Dodał, że M. był oficerem Policji i otrzymywał pochwały od przełożonych, mieszka w małej miejscowości i jest osobą znaną.

Maciej L. i Henryk S. nadal służą w Policji. Remigiusz Minda jest na emeryturze.

IF, PAP

A
A+
A++
Wstecz
Drukuj
PDF
Powiadom znajomego
Ocena: 0/5 (0)