Granica w ogniu

Napad na Stołpce, przygraniczne miasteczko w woj. nowogródzkim, przeprowadzony nocą z 3 na 4 sierpnia 1924 roku przez sowieckich dywersantów, trwał godzinę. W nierównej walce z przeszło stuosobową bandą zginęło siedmiu funkcjonariuszy Policji Państwowej, kilku zostało rannych. Zginęło też trzech przypadkowych mieszkańców. Był to najtragiczniejszy epizod w historii polskiej policji okresu międzywojnia.

Niestety, nie jedyny, gdyż traktat ryski, który zakończył wojnę polsko-bolszewicką i ustalał wschodnią granicę Polski, nie doprowadził do uspokojenia sytuacji na tym terenie. Władze sowieckie od początku traktowały ten traktat jako „niesprawiedliwy” i tymczasowy, podobnie jak ruchy nacjonalistyczne na Ukrainie i Białorusi. Od razu też zadecydowały o uruchomieniu w rejonach przygranicznych Polski szeroko zakrojonej działalności dywersyjno-terrorystycznej. Jej przygotowanie powierzono Zarządowi Wywiadowczemu (Razwiedupr) Sztabu Generalnego Armii Czerwonej, przy pełnej aprobacie Moskwy, gdzie w 1920 r. – w ramach policji politycznej OGPU (poprzedniczki NKWD) utworzono specjalną organizację Zakordot (Zakordonnyj Otdieł – Oddział Zagraniczny). To on miał koordynować dywersję i terror na polskim pograniczu.

POD ROZKAZAMI „ZAKORDOTU”

Formowanie i szkolenie oddziałów dywersyjnych do działań w Polsce Razwiedupr rozpoczął wiosną 1921 roku. Główna baza mieściła się w białoruskim Mińsku. Dywersantów przygotowywano nie tylko do działań terrorystycznych, ale również do prowadzenia agitacji komunistycznej wśród miejscowej ludności. Celem ostatecznym bolszewików było zorganizowanie masowego ruchu partyzanckiego na terenach przygranicznych, doprowadzenie do oderwania ziem ukraińskich i białoruskich od Polski i przyłączenie ich do Rosji Sowieckiej.

Pierwsze grupy dywersantów przeniknęły na terytorium naszego kraju na przełomie lat 1921/1922. Słabe zabezpieczenie polskiej granicy wschodniej przez Bataliony Celne i Straż Graniczną do tego stopnia rozzuchwaliło sowieckich sabotażystów i pospolitych bandziorów, że do Polski zaczęły przenikać coraz liczniejsze i dobrze uzbrojone ich grupy. Początkowo atakowali pojedyncze gospodarstwa i majątki ziemskie oraz wybranych ludzi (m.in. funkcjonariuszy PP), później całe wsie i miasteczka, nierzadko też środki transportu.

Pierwszą ich większą operacją był atak na posterunek PP w Puszczy Białowieskiej w maju 1922 r. W połowie czerwca ograbili i spalili majątek ziemski we wsi Dobre Drzewo, w gminie Lenin (pow. łuniniecki), spalili dworek księcia Druckiego-Lubeckiego, wykoleili trzy pociągi, wysadzili w powietrze most i nasyp kolejowy na linii Lida – Wilno, a także dokonali zamachu na posterunek PP w Sądowej Wiszni (pow. mościcki, w obwodzie lwowskim), podkładając pod mur ładunek wybuchowy, który spowodował w nim duży wyłom. Na szczęście ofiar nie było. W sierpniu złupili folwark w Szpakowszczyźnie, w pow. wilejskim, nieco później spalili majątek ziemski w Strudze, w pow. stolińskim, w grudniu zniszczyli posterunek PP we wsi Ilia, w pow. wilejskim, a ponadto wzniecili kilka pożarów w strefie granicznej. To była tylko niewielka część ich zbrodniczej aktywności w tamtym okresie.

POLICJA NA GRANICY

Wiosną 1923 roku stan bezpieczeństwa na granicy wschodniej uległ jeszcze większemu pogorszeniu. Napady rabunkowe, grabieże, kontrabanda, ataki terrorystyczne komunistycznych bojówek, agitacja sowieckich prowokatorów stały się niemal codziennością. Nie pomogła likwidacja Straży Granicznej (1 lipca 1923 r.) i przekazanie jej zadań młodej Policji Państwowej. Ta również była formacją niedofinansowaną, o niewielkim jeszcze doświadczeniu w takich działaniach, słabo wyszkoloną, na dodatek z olbrzymimi brakami kadrowymi (planowany stan 2 policjantów i 7 pieszych na każdy kilometr granicy nigdy nie został osiągnięty, brakowało około 9 tys. funkcjonariuszy, blisko połowy stanu).

Na domiar złego zaistniały ogromne problemy ze skoszarowaniem policjantów – brakowało zarówno budynków mieszkalnych, jak i gospodarczych, występowały braki w wyposażeniu, umundurowaniu i uzbrojeniu. Także i morale funkcjonariuszy niekiedy pozostawiało wiele do życzenia. Szwankowała dyscyplina, nadużywano alkoholu, dochodziło do lekceważenia obowiązków służbowych i korupcji. Zdarzały się nawet przypadki kumoterstwa policjantów z przestępcami i dywersantami, a nawet dezercji (pisaliśmy o tym szerzej w artykule „Służba na wygnaniu” – Policja 997 nr 1/2010 r.).

Mimo że polskie władze od wiosny 1923 r. zaczęły wzmacniać policję graniczną żołnierzami, nasiliły działania operacyjne oraz zaostrzyły represje karne wobec dywersantów i przestępców granicznych (m.in. sądy doraźne skazały w trybie specjalnym, zaostrzonym 313 osób, w tym 199 na karę śmierci), sytuacja na pograniczu była nadal bardzo poważna.

Wśród wielu bandziorów tego okresu, wykorzystujących słabość polityczną i gospodarczą Polski, łupiących bez skrupułów mieszkańców Kresów, znalazł się m.in. 30-letni Józef „Mucha” Michalski, dezerter z polskiego wojska. Choć krążyły legendy o jego wyczynach, sam unikał rozgłosu. Poszukiwany przez policję uciekł za wschodnią granicę. Z pewnością musiał zaoferować swoje usługi sowieckim specsłużbom, skoro już w połowie 1922 r. stanął na czele kilkunastoosobowej, dobrze uzbrojonej bandy terrorystyczno-rabunkowej, o której wkrótce zrobiło się głośno w całej Polsce.

Banda „Muchy”, podobnie zresztą jak inne oddziały dywersyjno--rabunkowe tamtego okresu, grasujące na pograniczu polsko-sowieckim, nie ograniczała się tylko do napadów na majątki ziemian. W swoim bandyckim „repertuarze” miała też najazdy na wsie i miasteczka, rozboje na drogach, polach i w lasach, a nawet napad na pociąg (4 listopada 1923 r., pod Lachowiczami). Najbardziej jednak spektakularną akcją tej bandy był napad na niewielkie Czuczewicze w powiecie łuninieckim (woj. poleskie). 19 stycznia 1923 r., w zapadającym zmroku, do miasteczka wpadła 40-osobowa uzbrojona grupa konnych, ubrana na wzór wojskowy. Zatrzymali się przed posterunkiem PP. Herszt wraz z kilkoma przybocznymi weszli do środka. Czterem zaskoczonym policjantom kazali położyć się na podłodze. Splądrowali pomieszczenia, zabrali broń i amunicję. Z gminnej kasy natomiast bandyci zabrali 14 mln marek polskich, poufne dokumenty i pieczęcie. „Mucha” osobiście wysmagał batem wójta Czuczewicz-Wiernikowskiego za rzekomy ucisk włościan i zagroził, że wyprawi mu rajskie wesele, jeśli ten dalej będzie krzywdził swych podwładnych. Na szczęście nikogo bandyci nie zabili.

O wiele bardziej dramatyczny przebieg miał napad na posterunek PP w miejscowości Telechany w powiecie iwacewickim (woj. poleskie). W nocy z 25 na 26 sierpnia 1923 r. miasteczko otoczyła około 40-osobowa, dobrze uzbrojona banda. Po opanowaniu posterunku i obezwładnieniu pełniących w nim służbę policjantów: st. post. Mieczysława Mirkowskiego i post. Antoniego Szmiglarskiego, bandyci rozpoczęli grabież. Za życie schwytanego wójta gminy zażądali od mieszkańców okupu w wysokości 5 tys. dolarów oraz 2 tys. rubli w złocie. Nie uzyskawszy ani rubla, zabili go strzałem w tył głowy. W ten sam sposób pozbawili życia funkcjonariuszy PP oraz dwóch innych mieszkańców próbujących bronić swego mienia. Około godziny drugiej, po załadowaniu na furmanki zrabowanych łupów, bandyci opuścili w pośpiechu miasteczko, kierując się w stronę granicy.

Według informacji prasowych zamieszczonych na portalu internetowym kresy24.pl, w trzech byłych województwach: wileńskim, nowogródzkim i poleskim odnotowano w 1923 roku 128 napadów dywersyjno-rabunkowych, w których zginęło 40 mieszkańców pogranicza (w tym 17 funkcjonariuszy PP). Na konto sukcesów policji zaliczyć można ujęcie dowódców dwóch sowieckich oddziałów dywersyjnych, Radkiewicza i Szebeta.

PRZEŁOMOWY ROK

Początek 1924 roku nie zapowiadał poprawy sytuacji na polskim pograniczu. Już w lutym około 50-osobowa banda sowiecka splądrowała majątek ziemski Ogarewicze w gm. Kruhowicze na Polesiu. W maju dywersanci zajęli miasteczko Krzywicze w pow. wilejskim, gdzie zniszczyli posterunek PP.

W nocy z 18 na 19 lipca 30-osobowa banda zaatakowała miasteczko Wiszniew (pow. wołożyński). Napastnicy po opanowaniu posterunku, przecięciu linii telefonicznych i rozlokowaniu patroli na drogach wjazdowych do miasteczka przystąpili do rabowania bezbronnych mieszkańców. Przez prawie dwie godziny ładowali łupy na furmanki, a nad ranem pięcioma wozami ruszyli w kierunku granicy.

Powiadomiony o napadzie komendant powiatowy PP w Wołożnie kom. Włodzimierz Łopaciński z kilkoma konnymi usiłował odciąć bandytom drogę ucieczki. Wpadł jednak w zasadzkę. Zginął w walce, towarzyszącym mu policjantom udało się uciec.

Dwa tygodnie później opinię publiczną w kraju zmroziła kolejna tragedia na wschodniej granicy. W nocy z 3 na 4 sierpnia, tuż po godzinie pierwszej, banda dywersyjna w sile około 100 ludzi, uzbrojona w karabiny maszynowe i granaty, napadła na przygraniczne powiatowe miasteczko Stołpce w woj. nowogródzkim. Ich celem było zniszczenie urzędów państwowych (m.in. starostwa, komendy powiatowej i posterunku PP, urzędu skarbowego i poczty), a także stacji kolejowej i aresztu miejskiego.

Atak na urząd starosty był jednocześnie sygnałem do rozprawy ze stróżami prawa i zniszczenia policyjnych jednostek. Bandyci zaatakowali równocześnie siedziby Komendy Powiatowej PP przy ul. Szpitalnej oraz Posterunku Kolejowego Policji na dworcu PKP.

Napad na Stołpce trwał godzinę. Był najtragiczniejszym epizodem w historii polskiej policji okresu międzywojnia. W nierównej walce z sowieckimi dywersantami zginęło wówczas siedmiu funkcjonariuszy PP, urzędnik starostwa oraz dwie osoby cywilne. Kilku innych policjantów odniosło rany postrzałowe. Tym razem sowieckim bandytom nie uszło to na sucho. Obława na nich trwała do końca sierpnia. Schwytano kilkunastu. Sądzono ich w trybie doraźnym. (Szerzej o napadzie w Stołpcach – Policja 997 nr 12/2009).

Tragedia w Stołpcach przelała czarę goryczy. W Warszawie zebrał się Komitet Polityczny Rady Ministrów z udziałem prezydenta RP Stanisława Wojciechowskiego. Tematem posiedzenia była ocena sytuacji na Kresach Wschodnich. Jednomyślnie podjęto uchwałę o konieczności zastąpienia policji granicznej nową formacją – Korpusem Ochrony Pogranicza, zorganizowanym na wzór wojskowy dla zabezpieczenia „płonącej granicy” ze Związkiem Sowieckim. Już w kilkanaście dni później, 12 września 1924 r., ukazał się rozkaz o powołaniu KOP i skierowaniu na wschodnie rubieże silnego wojskowego wsparcia. Od tego momentu sytuacja na pograniczu zaczęła się stopniowo stabilizować. W 1925 r. Sowieci podjęli decyzję o zakończeniu akcji dywersyjnych na terytorium II RP i rozformowaniu swych oddziałów.

JERZY PACIORKOWSKI
Biuro Historii i Tradycji Policji KGP
zdj. „Na Posterunku”

A
A+
A++
Powrót
Drukuj
PDF
Powiadom
Ocena: 0/5 (0)